Kurier z TNT przywiózł mi umowę do podpisania. Przy mnie sam rozerwał
kopertę i wyjął dokumenty. Pan podpisze tu a także tu. Dziękuję to wszystko.
Jeden egzemplarz umowy schował do koperty i odłożył do samochodu. Egzemplarz
dla mnie włożył do firmowego skoroszytu i mi podał. Do widzenia i odjechał.
Otworzyłem skoroszyt a tam oprócz egzemplarza umowy list z banku w którym
adresem Banku, kopertę zakleić i przekazać kurierowi. Problem w tym, że
kurier nie pokazał mi tego przed podpisaniem umowy. Jestem także pewien, że
nie zakleił koperty z egzemplarzem dla banku. Czy takie postępowanie kuriera
jest typowe? W umowie są wszystkie moje dane, które służą do weryfikacji
łącznie z wzorem podpisu. Dane które powinien znać tylko bank. Czy kurier
jest upoważniony przez bank do wglądu w te dane? Czy kurier ma prawo sam
otwierać przesyłkę adresowaną do mnie?
AB
Jeśli chodzi o organizację spotkania na którym ma się zawiązać oddział J-elity, to moja propozycja, z doświadczenia, jest taka- zorganizować wykłady, na pewno p. doktór sie zgodzi wygłosić wykład, do tego moze jeszce ktoś w innym zakresie, albo drugi lekarz chirurg, lub tylko jeden wykład. Powiadomić przez szpital osoby chory na nzj. Tzn. My przygotowujemy zaproszenia z informacja o wykładzie oraz spotakniu ząłożycioelski, pakujemy w koprerty, naklejamy znaczki- koszty pokrywa stowarzyszenie, a z oddziału ktoś adresuje, na kopercie jest pieczatka szpitala. Wtedy nie mamy dostępu do danych osobowych. Do tego dobrze jest dołączyć pismo przewodnie ze szpitala, podpisane prze np. ordynatora oddziału. Służe wzorem tekstu, pismo trzeba powielić i włożyć równiez do kopert. Wtedy jest szansa na to, że przyjda nie tylko osoby z J-elity, ale równiez ludzie do tej pory nie mający o nas pojęcia. Jak chcesz więcej szcególów to odezwij sie na pw. Wszytsko co mam prześlę, pomogę tez prze drukarnię z zaproszeniami. okresl tylko z jakich szpitali pójdzie zaproszenie i iel trzeba. Im więcej ośrodkó wyśle tym więcej ludzi będzie.
6 szarych bym prosił. jest możliwość zrobienia takich lepek które by sie od środka na szybki lepiło ?
trudno powiedzieć... teraz znowu trzeba szukać 44 chętnych ograniczyłabym się do jednego wzoru zewnętrznych w kilku kolorach, bo zaraz się zrobi za duży bałagan
Już teraz widząc zainteresowanie zastanawiam się ile godzin spędzę nad rozcinaniem najklejek, sortowaniem, sprawdzeniem 3 razy, czy każdy ma zapakowane w kopertę to co zamawiał, adresowaniem... Przy kilku sztukach z pierwszej partii było trochę roboty.. teraz to dopiero będzie
Zdaję sobie sprawę, że temat ten znajduje się w innej części portalu, niemniej po konsultacji z "Adminami" chciałbym go wzmocnić w "Codziennej służbie".
Komendant Główny Żandarmerii Wojskowej gen. bryg. Marek Witczak skierował do Przewodniczącego Konwentu pismo-informację , dotyczącą szczegółowych warunków i trybu oraz terminów składania oświadczeń majątkowych, które obejmują zgodnie ze znowelizowaną Ustawą pragmatyczną, wszystkich oficerów zawodowych za wyjątkiem sędziów i prokuratorów oraz podoficerów pełniących zawodową służbę wojskową w organach finansowych logistycznych.
Na stronie Konwentu Dziekanów i Żandarmerii Wojskowej można znależć i pobrać "wskazówki w sprawie sporządzania oświadczeń", "przykładowe oświadczenie" oraz "druk oświadczenia" i nawet "wzór adresowania koperty" do KG ŻW. Czas składania oświadczeń najpóźniej do 31. 03 każdego roku!!!
Z tego powodu, że zgodnie z art.111pkt.6b znowelizowanej ustawy pragmatycznej za niezłożenie oświadczenia w nakazanym terminie żołnierza zwalnia się z zawodowej służby (co prawda po jednorazowym przypomnieniu), wydaje mi się że sprawa jest dość ważna. Zresztą po pobieznym przejrzeniu ww. wzorów sugeruję nie czekać do końca marca.
Pozdrawiam
Waldit
INSTYTUT PROMOCJI EKSPORTU I KOOPERACJI
Sekcja Informacji Ekonomicznej
00-260 Warszawa, ul. Podwale 17
www.polandexport.pl
Szanowni Państwo,
Pragniemy zaproponować Państwu
"FIRMY POLSKIE 2005" - najnowsza wersja
Sczególowe dane 250.000 najbardziej aktywnych firm i instytucji
PROGRAM KOMPUTEROWY NA CD.
ZASTOSOWANIE:
. marketing
. informacja
. kontakty B2B
. direct mail
RODZAJE DANYCH O PODMIOTACH:
. nazwa, dane adresowe, telefony, faxy
. nowe i stare województwo, gmina, powiat
. nazwiska prezesów lub właścicieli
. nazwiska menadżerów i osób do kontaktów
. adresy poczty e-mail i stron www
. forma prawna ,typ własności
. wielkość zatrudnienia i obroty roczne
. branża i oferta firmy
. rok powstania firmy
KRYTERIA WYSZUKIWANIA I GRUPOWANIA:
. loalizacja podmiotu: województwo, powiat, gmina
. branże :EKD ,SIC
. forma prawna
. typ własności
. wielkość zatrudnienia
. wielkość obrotu rocznego
. słowo lub tekst w nazwie, ofercie itp.
. wybór tylko firm mających np. adres
e-mail, nr faksu itp.
PROGRAM UMOŻLIWIA:
. Korespondencję seryjną do wyselekcjonowanej według zadanych kryteriów
grupy podmiotów, adresowanie oraz umieszczanie na listach seryjnych lub
kopertach nazwisk konkretnych osób (personalizacja), z wykorzystaniem
odpowiedniego edytora tekstu.
. Wysyłanie poczty e-mail do wyselekcjonowanej grupy podmiotów, wraz z
(personalizacja), z wykorzystaniem programu pocztowego.
adresatów (personalizacja), bezpośrednio z komputera, z wykorzystaniem
odpowiedniego programu telekomunikacyjnego.
. Eksport wszystkich rodzajów danych do formatu tekstowego - pola oddzielone
znacznikami.
. Wydruk etykiet adresowych
. I wiele innych........
PROGRAM ZAWIERA TAKŻE:
. Wzory pism,ofert i korespondencji służbowej - 40 szablonów do edycji i
indywidualnego wykorzystania.
Jeżeli wyrażacie Państwo zgodę na otrzymanie od nas wyczerpujących
tematem "demo" aby otrzymać wersję DEMO aplikacji.
Sprzedaż wysyłkowa.
Zamówieniea i informacje: www.polandexport.pl/bazy.htm
Cena 315,- zł netto.
A czy ten program komputerowy ma jakas nazwę, czy "FIRMY POLSKIE 2003" to
jego nazwa?
INSTYTUT PROMOCJI EKSPORTU I KOOPERACJI
Sekcja Informacji Ekonomicznej
03-580 Warszawa, Zamiejska 18ASzanowni Państwo,
Pragniemy zaproponować Państwu
"FIRMY POLSKIE 2003"
Szczególowe dane 100.000 najbardziej aktywnych firm i instytucji
PROGRAM KOMPUTEROWY NA CD.ZASTOSOWANIE:
. marketing
. informacja
. kontakty B2B
. direct mailRODZAJE DANYCH O PODMIOTACH:
. nazwa, dane adresowe, telefony, faxy
. nowe i stare województwo, gmina, powiat
. nazwiska prezesów lub wła cicieli
. nazwiska menadżerów i osób do kontaktów
. adresy poczty e-mail i stron www
. forma prawna ,typ własno ci
. wielko ć zatrudnienia i obroty roczne
. branża i oferta firmy
. rok powstania firmyKRYTERIA WYSZUKIWANIA I GRUPOWANIA:
. loalizacja podmiotu: województwo, powiat, gmina
. branże :EKD ,SIC
. forma prawna
. typ własno ci
. wielko ć zatrudnienia
. wielko ć obrotu rocznego
. słowo lub tekst w nazwie, ofercie itp.
. wybór tylko firm mających np. adres
e-mail, nr faksu itp.PROGRAM UMOŻLIWIA:
. Korespondencję seryjną do wyselekcjonowanej według zadanych kryteriów
grupy podmiotów, adresowanie oraz umieszczanie na listach seryjnych lub
kopertach nazwisk konkretnych osób (personalizacja), z wykorzystaniem
odpowiedniego edytora tekstu.
. Wysyłanie poczty e-mail do wyselekcjonowanej grupy podmiotów, wraz z
(personalizacja), z wykorzystaniem programu pocztowego.
adresatów (personalizacja), bezpo rednio z komputera, z wykorzystaniem
odpowiedniego programu telekomunikacyjnego.
. Eksport wyselekcjonowanych,według dowolnie zadanych kryteriów, danych do
formatu tekstowego.
. Wydruk etykiet adresowych
. I wiele innych........PROGRAM ZAWIERA TAKŻE:
. Wzory pism,ofert i korespondencji służbowej - 40 szablonów do edycji i
indywidualnego wykorzystania.Sprzedaż wysyłkowa, cena aktualna 199,- zł.
Zamówienia : telefon lub e-mailPolskim eksporterom polecamy także promocję eksportu, realizowaną we
współpracy z PARP: www.polandexport.pl.Z Poważaniem
Jan Anders
u mnie 50zl. jak ktoś zainteresowany zaproszam na prv.
INSTYTUT PROMOCJI EKSPORTU I KOOPERACJI
Sekcja Informacji Ekonomicznej
03-580 Warszawa, Zamiejska 18ASzanowni Państwo,
Pragniemy zaproponować Państwu
"FIRMY POLSKIE 2003"
Szczególowe dane 100.000 najbardziej aktywnych firm i instytucji
PROGRAM KOMPUTEROWY NA CD.ZASTOSOWANIE:
. marketing
. informacja
. kontakty B2B
. direct mailRODZAJE DANYCH O PODMIOTACH:
. nazwa, dane adresowe, telefony, faxy
. nowe i stare województwo, gmina, powiat
. nazwiska prezesów lub wła cicieli
. nazwiska menadżerów i osób do kontaktów
. adresy poczty e-mail i stron www
. forma prawna ,typ własno ci
. wielko ć zatrudnienia i obroty roczne
. branża i oferta firmy
. rok powstania firmyKRYTERIA WYSZUKIWANIA I GRUPOWANIA:
. loalizacja podmiotu: województwo, powiat, gmina
. branże :EKD ,SIC
. forma prawna
. typ własno ci
. wielko ć zatrudnienia
. wielko ć obrotu rocznego
. słowo lub tekst w nazwie, ofercie itp.
. wybór tylko firm mających np. adres
e-mail, nr faksu itp.PROGRAM UMOŻLIWIA:
. Korespondencję seryjną do wyselekcjonowanej według zadanych kryteriów
grupy podmiotów, adresowanie oraz umieszczanie na listach seryjnych lub
kopertach nazwisk konkretnych osób (personalizacja), z wykorzystaniem
odpowiedniego edytora tekstu.
. Wysyłanie poczty e-mail do wyselekcjonowanej grupy podmiotów, wraz z
(personalizacja), z wykorzystaniem programu pocztowego.
adresatów (personalizacja), bezpo rednio z komputera, z wykorzystaniem
odpowiedniego programu telekomunikacyjnego.
. Eksport wyselekcjonowanych,według dowolnie zadanych kryteriów, danych do
formatu tekstowego.
. Wydruk etykiet adresowych
. I wiele innych........PROGRAM ZAWIERA TAKŻE:
. Wzory pism,ofert i korespondencji służbowej - 40 szablonów do edycji i
indywidualnego wykorzystania.Sprzedaż wysyłkowa, cena aktualna 199,- zł.
Zamówienia : telefon lub e-mailPolskim eksporterom polecamy także promocję eksportu, realizowaną we
współpracy z PARP: www.polandexport.pl.Z Poważaniem
Jan Anders
Instytut Promocji Eksportu i Kooperacji
NETEX-STERLING
03-543 Warszawa, ul. Barkocińska 6
tel. (022) 678-39-38 , 425-38-00
www.polandexport.pl
Szanowni Państwo,
Pragniemy zaproponować Państwu bazy danych firm IPEiK - 22 rodzaje
informacji.
1. FIRMY POLSKIE -"PEŁNA WERSJA 2008"
520.000 FIRM I INSTYTUCJI cena 995,- zł netto
2. FIRMY POLSKIE -"MARKETING 2008 "
BAZA BEZ FIRM "MIKRO" I SAMOZATRUDNIENIOWYCH 410.000 FIRM I
INSTYTUCJI cena 799,- zł netto
3. FIRMY POLSKIE -" EMAIL 2008 " WSZYSTKIE PODMIOTY PODAŁY ADRES EMAIL
260.000 FIRM I INSTYTUCJI cena 649,- zł netto
4. FIRMY POLSKIE - "KONTAKT 2008"
WSZYSTKIE PODMIOTY PODAŁY OSOBY DO KONTAKTÓW 350.000 FIRM I
INSTYTUCJI cena 699,- zł netto
5. FIRMY POLSKIE - "TOP50 2008"
50.000 NAJWIEKSZYCH I NAJAKTYWNIEJSZYCH FIRM POLSKICH cena 499,- zł
netto.
PROGRAMY KOMPUTEROWE NA CD.- umożliwiają eksport danych !
ZASTOSOWANIE:
. marketing
. informacja
. kontakty B2B
. direct mail
22 RODZAJE DANYCH O PODMIOTACH:
. nazwa, dane adresowe, telefony, faxy
. nowe i stare województwo, gmina, powiat
. nazwiska prezesów lub właścicieli
. nazwiska menadżerów i osób do kontaktów
. adresy poczty e-mail i stron www
. forma prawna ,typ własności
. wielkość zatrudnienia i obroty roczne
. branża i oferta firmy
. rok powstania firmy
KRYTERIA WYSZUKIWANIA I GRUPOWANIA:
. loalizacja podmiotu: województwo, powiat, gmina
. branże :EKD ,SIC
. forma prawna
. typ własności
. wielkość zatrudnienia
. wielkość obrotu rocznego
. słowo lub tekst w nazwie, ofercie itp.
. wybór tylko firm mających np. adres
e-mail, nr faksu itp.
PROGRAM UMOŻLIWIA:
. Korespondencję seryjną do wyselekcjonowanej według zadanych kryteriów
grupy podmiotów, adresowanie oraz umieszczanie na listach seryjnych lub
kopertach nazwisk konkretnych osób (personalizacja), z wykorzystaniem
odpowiedniego edytora tekstu.
. Wysyłanie poczty e-mail do wyselekcjonowanej grupy podmiotów, wraz z
(personalizacja), z wykorzystaniem programu pocztowego.
adresatów (personalizacja), bezpośrednio z komputera, z wykorzystaniem
odpowiedniego programu telekomunikacyjnego.
. Eksport wyselekcjonowanych,według dowolnie zadanych kryteriów, danych do
formatu tekstowego.
. Wydruk etykiet adresowych
. I wiele innych........
PROGRAM ZAWIERA TAKŻE:
. Wzory pism,ofert i korespondencji służbowej - 40 szablonów do edycji i
indywidualnego wykorzystania.
Sprzedaż wysyłkowa.
Przygotowujemy także bazy "na zamówienie", ściśle według kryteriów
zleceniodawcy z całych naszych zasobów (ok. 900.000 firm)
OFERUJEMY TAKŻE USŁUGI FAXMAILINGU - MASOWĄ WYSYŁKĘ OFERT FAKSOWYCH DO
WYBRANEJ GRUPY Z 550.000 FIM POLSKICH. CENA JUZ OD 0,40 ZŁ ZA SKUTECZNIE
WYSŁANY FAKS.
Zamówienia i informacje: www.polandexport.pl www.bizdata.pl www.ebazy.pl
Kochani,
chcialabym zrobic do telewizyjnego kuriera Warszwskiego o burdelu w Zus'ie,
ale nie chce robic na swoim przykladzie. Moze ktos ma poodbny problem i
opowiedzialby mi o tym do kamery.
wyluszcze jaki mam ja.
poltora roku temu przyszlo do mnie pismo z zusu, ze od poltora roku (czyli
od 2002) nie place skladek za swojego pracownika katarzyne nowak.
troche sie zdenerowawalam, bo nie znam baby, a po drugie poltora roku
pomnozone przxez prawie 700 zlotych meisiecznie daje sporoa sume, ktora
budzi groze. no i co to za babsko jest moim pracownikiem? nic nie wiem o
tym, a czasem chetnie bym kogos opierdzielila. a tu opierdzielac nie ma
kogo, a placic za kogo jest. mocno zdenerwowana pojechalam do zusu
wyjasniac. okazalo sie, ze tego pracownika zarejestrowalam sobie... sama.
zaczelam myslec jak to sie stalo. patrzec w jego dane. i zauwazylam dziwny
numer nip: 1234567890. troche mnie zdumial. coz sie okazalo. katarzyna Nowak
jest osoba z szablonu (cos jak jan kowalski na skrzynce pocztowej we wzorze
poprawnego adresowania). keidy chyba 3 lata temu, zaczelam sie rozliczac z
ZUS'em elektronicznie przy pomocy programu platnik polaczylam sie z linia
pomocy dla uzytkownikow programu i pewien mily pan przez telefon
poinstruowal mnie jak zarejestrowac sie. instruowal mnie na podstaiwe
szablonu z programu. i cvoz sie stalo? zarejestrowalam sobie pod jego
dyktando (nie wiedzac o tym) te wlasnie pania katrzyne nowak jako
pracownika.
jak juz doszlam jak to sie stalo i panie w zus sprawdzily,z e to postac z
szablonu spytalam jak moge to odkrecic. musialam pania katarzyne
wyrejestrowywac. (pisac iles pism, stemplowac pieczecie - nie ma to jak
ladny duzy dokument, ze tak sobie zacytuje tytusa z wysp nonsensu)
wprtawdzie do wyrejestrowania kogos z zus potrzebny jest jegio podpis, ale
jakos ustalono, ze obejdzie sie bez podpisu nieistniejacej pani katarzyny
nowak o numerze nip1234567890. niestetey minelo poltora roku, a pisma z zusu
przychodza nadal. srednio raz na dwa miesiace jestem opierniczana, ze nie
rpzysylam ani deklaracji ani nie oplacam skaldek za te pierdzielona
nowakowa. wyjasnialam je kilka razy te sprawe, jezdzilam do zusu,
pokazywalam dowody na wyrejestrowanie zdziiry, ale uslyszalam, ze pisma
beda przychodzic jeszcze przez czas jakis, bo zus analizuje dopiero
dokumenty z lipca 2003. i tak sobie mysle, ze skoro co miesiac lub dwa
dostaje koperte gruba ze znaczkami i wydrukowanymi minimum 5 stronami o
nieistniejacym czlowieku, ktorego zarejestrowalam jako swojego pracownika
pod dyktandow jakiegos goscia z infolinii to... czemu prokom robiac system
informatyczny zus (za nasze pieniadze) dopuscil do takich dziur w systemie?
dlaczego system przyjal rejestracje nieistniejacego czlowieka? dlaczego po
wyrejestrowaniu go nadal sle do mnie pisma. czemu nadal jako podatnicy
placimy za znaczki i wydruki pism do mnie o weryfikacji danych
nieistniejacego czloawieka za ktorego nie zaplacilam skaldek, placic nie
bedede, bo jak sie okazuje na szczescie nie musze.
jesli ktos ma podoba sytuacje (lub inna rownie absurdalna z ZUS'em) bardzo
prosze o kontakt na priv.
Na wstępie przedstawię wam założenia projektowe. Jest to projekt
programu, w którym baza będzie opierała się na jednej głównej tabeli
( nazwijmy ją CUSTOMERS) z którą za pomocą relacji łączyło się będzie
kilkanaście innych tabel. Interfejs zbudowany będzie wokół okna głównego,
w którym kluczową rolę pełnił będzie Grid z listą CUSTOMERS.
Po wybraniu pozycji otwierane będzie okno dialogowe, w którym integrowane
będą dane z prawie wszystkich pozostałych tabel - połączone z wybranym rekordem.
Poniżej wypisuję listę funkcji i założeń jakie ma spełniać program oraz
interfejs :
- główne okno aplikacji z listą CUSTOMERS, menu, podręczny panel
filtracji, pomocnicze informacyjne panele odświeżane podczas zmiany
wybranej pozycji.
- okno dialogowe dodawania nowej pozycji do CUSTOMERS (kilkanaście
kolumn ) - w tym dane z innych tabel w postaci list - dużo danych
wyliczanych dynamicznie - nigdzie nie przechowywanych.
- stałe miesięczne przyrosty danych w tablicach skojarzonych z CUSTOMERS
na poziomie ponad 1*n ( czyli dla 10000 rekordów z tablicy CUSTOMERS
będzie to ponad 10000 rekordów (około 64 bajtów/5 kolumn każdy ).
- opcja importu w/w comiesięcznych wpisów z plików dostarczanych przez
bank - chyba zwykły plik tekstowy z separatorem pomiędzy kolumnami.
- weryfikacja poprawności, alerty z możliwością korekty/zatwierdzenia/odrzucenia
wątpliwej pozycji. Ew. Export pominiętych do odrębnej części
systemu w celu późniejszej edycji/podglądu.
- około 10 innych okien dialogowych o dość dużym stopniu komplikacji do
WYGODNEGO wprowadzania danych do pozostałych skojarzonych tabel.
- około 20 innych pomocniczych okien dialogowych.
- we wszystkich możliwych miejscach program ma wstawiać wartości
domyślne, i oferować wybór z list rozwijalnych.
- system administracyjny (logowanie, kontrola uprawnień na poziomie
bazy/interfejsu,system stopniowania ostrzeżeń i powiadomień zależny
od użytkownika, rejestracja działalności użytkownika - szyfrowany
dziennik administracyjny, itp...)
- rozbudowany, edytowalny system sprawozdań i raportów oparty na silniku
oferującym export do XML/HTML, podgląd wydruku z płynną zmianą skali
powiększenia, zapis/odczyt, itp...).
- program ma generować i rejestrować fakt wygenerowania około 5
różnych sprawozdań i raportów - ale nie mają to być banalne tabelki.
- system korespondencji seryjnej z między innymi funkcją predefiniowanych
szablonów oraz edytorem do tworzenia własnych wzorów.
- system automatycznego adresowania kopert w różnych formatach.
- system automatycznego druku przelewów na formularzach.
- docelowo praca w sieci (bez wielkiego obciążenia - do 10 klientów )
- DBMS Firebird 1.5 lub MSDE 2000
- BCB 5.0
- To oczywiście tylko pobieżny opis wszystkich funkcji, nie
uwzględniający mnóstwa innych drobiazgów oraz ergonomii obsługi.
- projekt jest wybitnie specjalistyczny - bliska zeru szansa aby w
skali kraju była druga firma zainteresowana tematyką, nawet po
średnich przeróbkach dostosowawczych systemu.
- uff...
Jeżeli ma ktoś doświadczenie z tej skali projektami mam kilka pytań
dotyczących :
a) perspektywy stworzenia w/w z - lub bez - poniższych technologii:
- Z komponentami IBX/ FIBPlus - i bez nich ( wtedy prawdopodobnie ODBC
bo z ADO nie mam doświadczenia )
- Z komponentami QuickReport i bez nich
dotyczące wyceny dla końcowego użytkownika. Z ew. wariacjami dla :
b) ceny, od jakiej należało by zacząć negocjacje : i tutaj w dwóch
wariantach :
- dla dość zamożnej firmy, ale liczącej się z wydatkami, ale mającej
świadomość potrzeby w/w oprogramowania
- jw. ale dla totalnych dusigroszów, gotowych dupkać kolejny rok, byle
tylko zbić cenę.
Z góry dzięki za wszelkie uwagi. Z niecierpliwością czekam na
konstruktywne komentarze.
1. srodowisko TRAGICZNE, dlaczego nie c# + MSSQL lub MySQL ?
2. cena od 40 000 w gore
3. bez crystal reports i olap nawet nie siadaj do pisania
4. pomysl o lepszych kontrolkach niz windows forms
Na wstępie przedstawię wam założenia projektowe. Jest to projekt
programu, w którym baza będzie opierała się na jednej głównej tabeli
( nazwijmy ją CUSTOMERS) z którą za pomocą relacji łączyło się będzie
kilkanaście innych tabel. Interfejs zbudowany będzie wokół okna głównego,
w którym kluczową rolę pełnił będzie Grid z listą CUSTOMERS.
Po wybraniu pozycji otwierane będzie okno dialogowe, w którym integrowane
będą dane z prawie wszystkich pozostałych tabel - połączone z wybranym
rekordem.Poniżej wypisuję listę funkcji i założeń jakie ma spełniać program oraz
interfejs :- główne okno aplikacji z listą CUSTOMERS, menu, podręczny panel
filtracji, pomocnicze informacyjne panele odświeżane podczas zmiany
wybranej pozycji.
- okno dialogowe dodawania nowej pozycji do CUSTOMERS (kilkanaście
kolumn ) - w tym dane z innych tabel w postaci list - dużo danych
wyliczanych dynamicznie - nigdzie nie przechowywanych.
- stałe miesięczne przyrosty danych w tablicach skojarzonych z CUSTOMERS
na poziomie ponad 1*n ( czyli dla 10000 rekordów z tablicy CUSTOMERS
będzie to ponad 10000 rekordów (około 64 bajtów/5 kolumn każdy ).
- opcja importu w/w comiesięcznych wpisów z plików dostarczanych przez
bank - chyba zwykły plik tekstowy z separatorem pomiędzy kolumnami.
- weryfikacja poprawności, alerty z możliwością
korekty/zatwierdzenia/odrzucenia
wątpliwej pozycji. Ew. Export pominiętych do odrębnej części
systemu w celu późniejszej edycji/podglądu.
- około 10 innych okien dialogowych o dość dużym stopniu komplikacji do
WYGODNEGO wprowadzania danych do pozostałych skojarzonych tabel.
- około 20 innych pomocniczych okien dialogowych.
- we wszystkich możliwych miejscach program ma wstawiać wartości
domyślne, i oferować wybór z list rozwijalnych.
- system administracyjny (logowanie, kontrola uprawnień na poziomie
bazy/interfejsu,system stopniowania ostrzeżeń i powiadomień zależny
od użytkownika, rejestracja działalności użytkownika - szyfrowany
dziennik administracyjny, itp...)
- rozbudowany, edytowalny system sprawozdań i raportów oparty na silniku
oferującym export do XML/HTML, podgląd wydruku z płynną zmianą skali
powiększenia, zapis/odczyt, itp...).
- program ma generować i rejestrować fakt wygenerowania około 5
różnych sprawozdań i raportów - ale nie mają to być banalne tabelki.
- system korespondencji seryjnej z między innymi funkcją predefiniowanych
szablonów oraz edytorem do tworzenia własnych wzorów.
- system automatycznego adresowania kopert w różnych formatach.
- system automatycznego druku przelewów na formularzach.
- docelowo praca w sieci (bez wielkiego obciążenia - do 10 klientów )
- DBMS Firebird 1.5 lub MSDE 2000
- BCB 5.0
- To oczywiście tylko pobieżny opis wszystkich funkcji, nie
uwzględniający mnóstwa innych drobiazgów oraz ergonomii obsługi.
- projekt jest wybitnie specjalistyczny - bliska zeru szansa aby w
skali kraju była druga firma zainteresowana tematyką, nawet po
średnich przeróbkach dostosowawczych systemu.
- uff...Jeżeli ma ktoś doświadczenie z tej skali projektami mam kilka pytań
dotyczących :a) perspektywy stworzenia w/w z - lub bez - poniższych technologii:
- Z komponentami IBX/ FIBPlus - i bez nich ( wtedy prawdopodobnie ODBC
bo z ADO nie mam doświadczenia )
- Z komponentami QuickReport i bez nich
dotyczące wyceny dla końcowego użytkownika. Z ew. wariacjami dla :b) ceny, od jakiej należało by zacząć negocjacje : i tutaj w dwóch
wariantach :
- dla dość zamożnej firmy, ale liczącej się z wydatkami, ale mającej
świadomość potrzeby w/w oprogramowania
- jw. ale dla totalnych dusigroszów, gotowych dupkać kolejny rok, byle
tylko zbić cenę.Z góry dzięki za wszelkie uwagi. Z niecierpliwością czekam na
konstruktywne komentarze.
Kornelu- na PZ!!! A co będziemy sobie żałować na starość!!!Ja wkleję na
promilito.
Załączam również pismo z MPiPS w innej postaci (Dzięki DM-W).Będzie
potrzebne.
zrg
„Organ” przemówił !!!
( prawie ludzkim głosem, pomimo że już po Bożym Narodzeniu!!!).
„Polska Zbrojna”, czyli w prostej linii spadkobierczyni (nie) chlubnych tradycji danego „Żołnierza Wolności” obwieściła „Urbi et Orbi”, że oto paskudni emeryci i renciści wojskowi (i nie tylko) chcą rozwalić budżet MON walcząc o zwrot tego, co im ekipa kolejno po sobie rządzących mini-strów tzw. obrony narodowej ukradła z ich „starego portfela”.
Czytamy:
"Artur Goławski w artykule „Łańcuszek świętego Antoniego” (strona 22) wyjaśnia, dlaczego wojskowe biura emerytalne zalała fala wniosków o przywrócenie waloryzacji uposażeniowej, ponowne ustalenie wartości świadczeń i wypłatę różnicy w należnościach za dziesięć ostatnich lat.
Autor twierdzi, że gdyby ich autorzy mieli rację, puściliby MON z torbami. „Źródłem «wnioskowej zarazy» okazało się... forum dyskusyjne Redakcji Wojskowej. Jeden z jego najaktywniejszych użytkowników, 61-letni Kornel z Żagania, opublikował tam 14 października 2008 roku odezwę do innych emerytów, którzy czują się pokrzywdzeni.
«Jeżeli będziecie nadal bierni, pogodzeni z panującą sytuacją okradania Nas, Was przez WBE to za parę lub paręnaście lat przyjdzie Wam jeśli nie żebrać pod Biedronkami, Lidlami i Tesco, to pod kościołami lub biurami emerytalnymi», ostrzegał, a może straszył. (…) Emeryci dali się ponieść emocjom, niekiedy w sposób – trzeba to przyznać – mechaniczny. Kopiowali wzór, wstawiali własne personalia, adresowali koperty i wysyłali, nie bacząc, że w nagłówku wniosku adresatem pozostał dyrektor WBE w Łodzi (tak było we wzorze), a pismo wysyłali do swego biura, na przykład we Wrocławiu. Dyrektorzy biur odpowiadali im listami zwykłymi, bo gdyby skorzystali z trybu poleconego, wydaliby zupełnie na próżno 60 tysięcy złotych”. "
Tako rzecze złotousty Artur Goławski.
Przyjrzyjmy się wypowiedzi tegoż złotoustego przedstawiciela „organu” MON.
1. Odnoszę wrażenie, że ten dawny marksista nawrócił się, bo zaczął już przywoływać nie marxa-engelsa, lecz Św. Antoniego!! Brawo!!! Szaweł przemienił się w Pawła??!!
2. co zarzuca emerytom i rencistom wojskowym(i nie tylko wojskowym, bo akcja objęła też pozostałe służby mundurowe robione w bambuko przez stale-komusze zaplecze mini-stra Obrony Narodowej)?? Zarzuca, że prosimy (nie strajkujemy, nie żądamy, nie blokujemy itd.) o to co należy się nam (emerytom i rencistom) zgodnie z Ustawą z dnia 10 grudnia 1993 roku (Dz.U. z 1994 r., nr 10,poz.36)!!! A więc” „zbrodnia to niesłychana…: EMERYCI PROSZĄ „organy” emerytalne O ZWROT ZAGRABIONEGO NAM PIENIĄŻKA!!!
3. obawia się, że emeryci i renciści „rozwalą” budżet MON i nie wystarczy na pensje dla naszych dzielnych urzędników. I nawet z tego powodu, nasi oszczędni dyrektorzy wojskowych biur emerytalnych (dawni pułkownicy na nowych etatach cywilnych; a więc wielokrotna pensja), nie chcą odpisywać „naiwnym i złośliwym staruchom” (emerytom), a kiedy już odpisują, to oszczędzają na znaczkach pocztowych, i z tego względu wysyłają pisma jednostronne, po dwie kłamliwe decyzje, zamiast jednej obiektywnej, i oszczędzają nawet na tuszu do drukarki, i nie umieszczają na odwrocie decyzji pozbawionych podstaw prawnych pouczenia o trybie odwoławczym. Jacy oszczędni.
4. oskarża „Kornela” (lat 61 z Żagania), że rozrabia „jak pijany zając w kapuście” i mąci dobre samopoczucie „organu”, czyli sekretarza stanu (tzw. wiceministra)- eks-towarzysza Czesława P. i jego chłopaków.
Zapomina –natomiast- ta „trąba jerychońska”, czyli tuba „organu” MON poinformować czytelników, że:
Wbrew ustawie o FUS z dnia 17 grudnia 1998 roku, jak również wbrew ustawie z dnia 10 grudnia 1993 roku wojskowe biura emerytalne (i pozostałe biura służb mundurowych) nie wypłacają rencistom i emerytom należnych im świadczeń.
A to, co robią dyrektorzy biur emerytalnych (za wiedzą i zgodą „wierchuszki” nosi znamiona przestępstwa karalnego z art. 231 kpk!!! Jeżeli mini-ster wyraża zgodę lub też nakazuje łamanie Ustawy, to powinien stanąć przed Trybunałem Stanu!!! Tym bardziej, że daje przepustkę poszkodowanym (czytaj OKRADZIONYM) do STRASBURGA!!!
Dura lex, sed lex!!!
TO NIE MY – EMERYCI – UCHWALIŚMY TĘ USTAWĘ!!!
A mój Św. Pamięci Tato mówił: „Ryba psuje się od głowy, ale zawsze skrobią ją od ogona”!!!!
Oj- miał tatko rację, oj- miał!!! („wężykiem Jasiu!!”).
A „złotoustemu” głosicielowi myśli Ceśka od P. ośmielam się przypomnieć inne przysłowia:
„psie głosy nie idą pod niebiosy”;
„psy szczekają a karawana (niech) idzie dalej”!!!
Zdzisław Gągalski
sobota, 31 stycznia 2009
Jeszcze nie tak dawno praca w domu kojarzyła się przede wszystkim z mozolnym składaniem długopisów i adresowaniem kopert. Jednak w przeciągu ostatnich kilku lat przeświadczenie to uległo zasadniczej zmianie. W domu pracują bowiem dziennikarze, tłumacze, księgowe, graficy komputerowi i programiści.
Efekty swojej pracy wysyłają przez Internet. Nikt nie stoi im nad głową i nie mówi: „teraz zrób to a potem tamto”. Nikt też nie siedzi naprzeciwko i nie opowiada o najnowszych podbojach miłosnych i problemach sercowych. Dla jednych praca w domu jest spełnieniem marzeń, dla innych – przekleństwem.
Luksusem pracy w domu jest przede wszystkim nie wychodzenie do... pracy. Obudzić możemy się o której tylko chcemy (co jest szczególnie ważne dla tych, którzy lubią sobie długo pospać) a przed komputerem nie musimy siedzieć w garniturze (majteczki, dresy, wyciągnięte koszulki i bluzy – zakładamy to, co lubimy, albo to co mamy akurat pod ręką).
Pomiędzy tłumaczeniami tekstu zrobimy ulubioną zupę pomidorową a w przerwach w projektowaniu stron internetowych posprzątamy łazienkę. Do kosmetyczki bez problemu możemy umówić się na 13.00 a na zakupy wybrać się w czasie, kiedy w centrach handlowych jest pusto, bo wszyscy pracują. Cóż więcej potrzeba do szczęścia?
To, co dla jednych jest zaletą pracy w domu– dla innych jest po prostu nie do przyjęcia. Przeciwnicy uważają, że luksus „nie wychodzenia z mieszkania” jest złudzeniem i fikcją. Tak naprawdę pracując w domu - nigdy nie wychodzi się z pracy. Obowiązek napisania tekstu – jeśli co chwilę będzie nas coś odciągać - wisieć nam będzie nad głową nawet wieczorem i w nocy. Poza tym w mieszkaniu – w przeciwieństwie do biura – jesteśmy sami, nie możemy niczego skonsultować lub choćby zwyczajnie z kimś porozmawiać.
Taka samotnia według psychologów może nawet doprowadzić do depresji. Na szczęście z pomocą w takiej sytuacji wychodzą powstające w ostatnim czasie pomieszczenia na wzór biur, do których wszyscy pracujący w domu (określani ostatnio mianem: „freelance”) mogą przyjść. Nie ma tam określonych godzin. W takim miejscu spotkać się można z innymi ludźmi, którzy pracują tak jak my, a więc doświadczają tych samych radości i borykają się z podobnymi problemami.
W domu pracujemy najczęściej na umowę o dzieło lub na umowę-zlecenie. Niestety o etacie zwykle nie ma co marzyć. Dlatego też nie dostaniemy płatnego urlopu (a przecież cudownie leży się na plaży wiedząc, że w tym czasie na nasze konto wpływają pieniążki od pracodawcy) a lata pracy nie będą nam się liczyć do emerytury. Choć zarobki kuszą - warto jednak pomyśleć o przyszłości (nie zawsze będziemy przecież piękni, młodzi i zdrowi). Na szczęście jest na to sposób. Wiele „wolnych strzelców” pracuje na przykład na pół etatu w „normalnej” pracy a w domu po prostu dorabia. Niekiedy jednak to dorabianie jest nawet dwa razy lepiej opłacane. W ten sposób mamy i pieniądze i opłacone wszystkie składki ZUS. Poza tym nie stresujemy się tak bardzo, że któregoś dnia dostaniemy niespodziewane wypowiedzenie z pracy (bo szef ma akurat zły humor) i – wbrew pozorom – pracujemy przez to dużo lepiej i wydajniej.
Praca w biurze to nie tylko poranne wstawanie, stres i wiecznie niezadowolony szef. To także codzienne radości, znajomości i przyjaźnie. Jeśli pracujemy w domu – nikt nie zaprosi nas na imprezę firmową ani nie wyjdziemy na piwo ze znajomymi z biura. W pracy nie poznamy też żadnych nowych ludzi, z nikim się nie zaprzyjaźnimy, z nikim nie pokłócimy. Jak to sobie wynagrodzić?
Najlepiej wychodzić z laptopem do kawiarni, barów i pubów. Będziemy tam wśród innych ludzi a jednocześnie pozostaniemy niezależni.
Pracować w domu czy wychodzić rano do pracy? Zakładać dres czy garnitur? Na te pytania każdy z nas ma inną odpowiedź. Wszystko zależeć będzie bowiem od tego jakimi jesteśmy ludźmi, jakie mamy charaktery, temperamenty i osobowości. Każdy typ pracy ma swoje plusy i minusy. Pamiętajmy jednak, że to co dla jednych jest plusem – dla innych może być minusem.
Źródło: kobieta.wp.pl
Prezydent Miasta Gdańska ogłasza Konkurs Literacki Miasta Gdańska im. Bolesława Faca. Konkurs obejmuje swoim zakresem poezję, prozę i esej. Tematyka utworów jest dowolna. Prace konkursowe w 3 wydrukowanych egzemplarzach umieszczonych w osobnej kopercie należy nadesłać do 30 listopada 2007. Pracą konkursową może być zestaw oryginalnych wierszy o objętości od 2 do 3 arkuszy wydawniczych, powieść, zbiór opowiadań, zbiór esejów. Praca konkursowa musi być oznakowana w sposób trwały dowolną sześciocyfrową liczbą rozpoznawczą danej pracy, umieszczoną w jej prawym górnym rogu. Do pracy konkursowej uczestnik konkursu dołącza zamkniętą kopertę, uniemożliwiającą zapoznanie się z jej zawartością przed dokonaniem identyfikacji prac, opatrzoną tą samą liczbą rozpoznawczą. W zamkniętej kopercie uczestnik konkursu umieszcza kartę ze swoimi danymi osobowymi, tj. imieniem i nazwiskiem, adresem zamieszkania, numerem telefonu kontaktowego. Prace konkursowe należy wysłać na adres: Urząd Miejski w Gdańsku, Biuro Prezydenta ds. Kultury, Sportu i Promocji, ul. Nowe Ogrody 8/12, 80-803 Gdańsk, z dopiskiem „Konkurs Literacki Miasta Gdańska im. Bolesława Faca”. Nagrodą w Konkursie jest sfinansowanie przez Miasto wydania zwycięskiej pracy konkursowej.
Teatr Mały w Tychach dla wszystkich autorów po debiucie organizuje VIII Ogólnopolski Konkurs na Tomik Wierszy „Tyska Zima Poetycka”. W konkursie mogą wziąć udział wszyscy autorzy, którzy wydali samodzielną książkę poetycką. Warunkiem udziału w konkursie jest nadesłanie do 30 grudnia 2007 (decyduje data stempla pocztowego) na adres: Teatr Mały „Tyska Zima Poetycka”, ul. kard. A. Hlonda 1, 43-100 Tychy znormalizowanego maszynopisu (do 50 stron) tomiku wierszy w układzie graficznym przewidzianym do druku (bez projektu okładki i stron redakcyjnych). Opatrzony godłem maszynopis należy nadesłać obowiązkowo w 4 egzemplarzach (nie dołączać wydanych tomików, dyskietek ani innych nośników). W osobnej kopercie – opatrzonej tym samym godłem – należy umieścić dane: imię i nazwisko, adres, telefon kontaktowy, krótką notę biograficzną oraz tytuły opublikowanych dotąd książek z rokiem wydania i nazwą wydawcy. Tematyka prac jest dowolna. Jury powołane przez organizatora przyzna tylko jedną nagrodę, którą stanowić będzie profesjonalne wydanie zgłoszonego do konkursu tomiku wierszy w serii „Biblioteka Tyskiej Zimy Poetyckiej” oraz 2.500 zł brutto. Tomik zostanie wydany w nakładzie 500 egz. w formacie A 5, z czego autor otrzyma 200 egz., a pozostałe rozdysponuje Teatr Mały i współwydawca – Drukarnia „Oldprint”. Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w lutym 2008 r. O dokładnej dacie wszyscy uczestnicy zostaną powiadomieni listownie, otrzymają także zaproszenie na biesiadę poetycką w Teatrze Małym podsumowującą konkurs.
Konkurs Poetycki „Młodą wyobraźnią w trzecie tysiąclecie” adresowany jest do młodych poetów przed debiutem książkowym. Celem konkursu jest wyłonienie utworów o dowolnej tematyce, będących jednak świadectwem wstępującego w życie twórcze nowego pokolenia, bez ograniczenia wieku biologicznego. Konkurs nie przewiduje nagród i wyróżnień materialnych innych niż poniższe: 1) prestiżowe uznanie środowiska w drodze publikacji utworów laureatów np. w internecie, oraz 2) edycja książkowa plonów konkursu wybranych przez jury do publikacji po każdym publicznym spotkaniu. Utwory należy nadsyłać do 31 grudnia 2007 na adres: Ośrodek Partnerstwa Europejskiego „Kalambur”, sekcja Salon 7 Smaków, ul. Kuźnicza 29a, 50-138 Wrocław, lub przynieść je osobiście w kopercie i wrzucić do urny znajdującej się w kantorze Salonu 7 Smaków. Jury ocenia utwory nadesłane w kopercie pod hasłem i zaopatrzone w drugą zaklejoną kopertę, zawierającą imię i nazwisko poety, adres, telefon oraz e-mail.
Polski Ośrodek Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży ASSITEJ ogłasza XII Ogólnopolski Konkurs dla Młodych Dramaturgów „Szukamy Polskiego Szekspira”. Konkurs przeznaczony jest dla młodych autorów sztuk w wieku od 12 do 21 lat. Teksty o dowolnej tematyce, w formie drukowanej oraz w zapisie cyfrowym (dyskietka, płyta CD) należy nadsyłać do 31 stycznia 2008 na adres: Polski Ośrodek ASSITEJ, ul. Bartycka 18, 00-716 Warszawa, z dopiskiem „Szukamy Polskiego Szekspira”. Laureaci wezmą udział w obozach teatralno-dramaturgicznych oraz w międzynarodowych warsztatach dramaturgicznych INTERPLAY. Towarzyszyć im będą opiekunowie – uznani ludzie teatru: reżyserzy, dramaturdzy, krytycy, wykładowcy wyższych uczelni artystycznych.
Wydawnictwo Prószyński i S-ka S.A., w ścisłym porozumieniu z córką Pawła Jasienicy, Panią Ewą Beynar-Czeczott, ustanawia konkurs na książkę historyczną pt. Śladami Pawła Jasienicy. Intencją Organizatora jest, aby zawartość merytoryczna nadsyłanych na konkurs prac odzwierciedlała szacunek dla godności osoby ludzkiej, wielości kultur i narodów oraz wyrażała przekonanie, że badanie i opisywanie przeszłości jest ważnym elementem budowania tożsamości zarówno pojedynczych osób, jak też całych społeczeństw, czego wzorem była twórczość Pawła Jasienicy.
W konkursie przewidziano następujące nagrody: I nagroda – 30 000 PLN brutto + publikacja książki przez wydawnictwo Prószyński i S-ka SA na mocy odrębnej umowy; oraz Wyróżnienie – publikacja książki przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka SA na mocy odrębnej umowy.
Termin nadsyłania prac upływa 1 czerwca 2008. Więcej szczegółów na temat regulaminu i składu Jury na stronie http://www.proszynski.pl/..._jasienica.asp.
Wydawnictwo Br@andBook London Publishing ogłasza Ogólnopolski i Ogólnopolonijny Konkurs Literacki na Prozę i Poezją o dowolnej tematyce. Konkurs ma następujące kategorie: proza – do 5 stron normalizowanego rękopisu w 4 egzemplarzach; oraz poezja – zestaw 3 wierszy w 4 egzemplarzach. Każdy autor może nadesłać jeden zestaw prac w jednej albo w obu kategoriach.
Prace konkursowe należy nadsyłać w języku polskim do 29 lutego 2008. Jury będzie rozpatrywać jedynie utwory dotąd nie nagradzane i nie publikowane. Nadesłany zestaw należy oznaczyć godłem. Tym samym godłem prosimy oznaczyć także dołączoną do przesyłki zaklejoną kopertę, zawierającą imię, nazwisko i adres autora, krótką notkę biograficzną (z ewentualnym numerem telefonu, adresem email) oraz odcinek potwierdzenia wpłaty na konto; dla osób mieszkających poza granicami Polski: Br@ndBook London Publishing, Barclays Bank, Sort Code: 205 706, Account Number: 10493635; dla osób zamieszkałych w Polsce: Marzena Majewska mBank, konto nr 58 1140 2004 0000 3402 3637 2409. Przy wpłacie należy wpisać cel wpłaty – KONKURS LIETRACKI im. Zbigniewa Herberta. Biorący udział w konkursie są zobowiązani również do dołączenia podpisanego przez siebie oświadczenia o własnym autorstwie nadesłanych prac.
Wysokość wpłaty w obu kategoriach: 20 zł dla osób mieszkających w Polsce oraz 4 funty dla osób zamieszkałych w Wielkiej Brytanii (osoby zamieszkujące poza Wielką Brytanią i Polską mogą dokonywać wpłaty stosując przelicznik według kursu bankowego).
Prace należy przesyłać na adres: Br@ndBook London Publishing, 27 Newcourt House, Pott Street, London E2 0EG, U.K.
Komisja Konkursowa przyzna następujące nagrody w obu kategoriach: I – wydanie książki w Wydawnictwie Br@ndBook London Publishing, II – 100 funtów, III – 50 funtów. Nagrodzone i wyróżnione prace zostaną opublikowane w antologii pokonkursowej.
Organizator zastrzega sobie prawo do innego podziału nagród.
Dodatkowe informacje na stronie www.brandbook.co.uk lub pod adresem internetowym pytania@brandbook.co.uk
Wydawnictwo BLACK UNICORN ogłasza II Edycję Konkursu Poetyckiego.
Jeśli lubisz pisać wiersze, tworzysz od lat lub dopiero teraz zacząłeś, masz 18 lub 108 lat, to ten konkurs jest dla Ciebie! Prześlij nam jeden ze swoich wierszy (dowolna: tematyka, budowa; objętość - do ok. 40 wersów) wraz z danymi kontaktowymi (imię, nazwisko, adres, numer telefonu). Wysyłać można na adres e-mail lub adres pocztowy z dopiskiem "Konkurs poetycki". Termin nadsyłania wierszy: 31 stycznia 2008 rok. Najlepsze wiersze zostaną wydane w zbiorczym tomiku poezji w 2008 roku.
Adres dla korespondencji pocztowej:
BLACK UNICORN
ul. Harcerska 7/33
44-335 Jastrzębie Zdrój
Adres e-mail:
blackunicorn@blackunicorn.pl
Stowarzyszenie Literackie im. K. K. Baczyńskiego ogłasza ogólnopolski konkurs na zestaw poetycki, o łącznej objętości do stu wersów, stanowiący spójną warsztatowo propozycje. Jury będzie rozpatrywać jedynie utwory dotąd nienagradzane. Nadesłany zestaw poetycki należy oznaczyć godłem. Tym samym godłem prosimy oznaczyć także dołączoną do przesyłki zaklejoną kopertę, zawierająca imię, nazwisko i adres Autora (z numerem telefonu, adresem e-mailowym) oraz odcinek potwierdzenia wpłaty 15 zł (piętnaście złotych) na konto Stowarzyszenia: Bank Pekao SA I o/Łódź, 08 1240 3015 1111 0000 3412 3850. Biorący udział w konkursie są zobowiązani również do dołączenia podpisanego przez siebie oświadczenia o własnym autorstwie nadesłanych prac. Jury będzie rozpatrywać jedynie prace nadesłane w pięciu egzemplarzach maszynopisu do 31 grudnia 2007 roku pod adres: Śródmiejskie Forum Kultury, 90-056 Łódź, ul. Roosevelta 17; z dopiskiem: XVII Konkurs Poetycki o Nagrodę im. K. K. Baczyńskiego. Organizatorzy nie odsyłają nadesłanych prac. Stowarzyszenie zastrzega sobie prawo do publikacji nadesłanych tekstów w materiałach informacyjnych i promocyjnych. Rozstrzygniecie Konkursu nastąpi w Łodzi 23 lutego 2008 roku. O dokładnym miejscu i czasie uroczystości laureaci będą powiadomieni indywidualnie, dane te zostaną także zamieszczone na stronie Stowarzyszenia: http://slkkb.free.art.pl. Decyzje o rozdziale nagród i wyróżnień oraz o ich wysokości jury podejmie na posiedzeniu zamykającym Konkurs. Werdykt Jury zostanie następnie opublikowany w prasie oraz na stronie internetowej Stowarzyszenia. S T O W A R Z Y S Z E N I E L I T E R A C K I E I M . K R Z Y S Z T O F A K A M I L A B A C Z Y N S K I E G O Śródmiejskie Forum Kultury, 90-056 Łódź, ul. Roosevelta 17, tel. (42) 636 68 38, http://slkkb.free.art.pl Bank Pekao S.A., I O/Łódź, nr 08 1240 3015 1111 0000 3412 3850; NIP 725-10-53-813; REGON 4712842
Elfriede Jelinek
Wykluczeni
Pewnej nocy, pod koniec lat pięćdziesiątych, w Parku Miejskim w Wiedniu dochodzi do napadu rabunkowego. Następujące osoby uczepiły się przypadkowego spacerowicza: Rainer Maria Witkowski i jego bliźniacza siostra Anna Witkowska, Sophie Pachhofen, niegdyś von Pachhofen, i Hans Sepp. Rainer Maria Witkowski nosi imiona po Rainerze Marii Rilkem. Wszyscy mają około 18 lat, Hans Sepp jest co prawda kilka lat starszy, ale również nie osiągnął dojrzałości.
Z obu dziewcząt Annę przepełnia większa złość, która przejawia się w tym, że to właśnie ona zachodzi ofiarę od przodu. Trzeba mieć szczególną odwagę, żeby człowiekowi patrzącemu prosto na ciebie (aczkolwiek nie widzi wiele, bo jest ciemno) podrapać twarz, wzgl. dobrać się do oczu. Oczy są bowiem zwierciadłem duszy, które powinno zostać nienaruszone. W przeciwnym razie każdy pomyśli, że duszę diabli wzięli.
Właśnie Anna powinna tego człowieka zostawić w spokoju, bo jego charakter jest o niebo lepszy niż jej. Bo on jest ofiarą. Anna jest sprawczynią. Ofiara zawsze jest lepsza, bo jest niewinna. W tym czasie na świecie jest jeszcze wielu niewinnych sprawców. Pełni wojennych wspomnień obrzucają publiczność przyjaznymi spojrzeniami znad parapetów ozdobionych kwiatami, machają ręką lub piastują wysokie urzędy. Pomiędzy geranium. Trzeba wreszcie wszystko wybaczyć i wyrzucić z pamięci, aby móc zacząć od nowa.
(...)
Ofiara zwykła przebywać w starannie uporządkowanym gospodarstwie domowym, to coś, czym Anna gardzi szczególnie. Czystość przeczy jej naturze, bardzo nieczystej od środka i od zewnątrz.
Młodzi ludzie przywłaszczają sobie portfel tego człowieka. Mimo to zostaje on okrutnie pobity.
Anna go dziabie, myśląc, jak dobrze, że wreszcie mogę gdzieś wyładować wielką nienawiść, nie muszę robić tego na sobie, co byłoby niewłaściwym miejscem. Jak dobrze, że się przy tym wzbogacę. Miejmy nadzieję, że trochę tego będzie (raczej było średnio). Hans również młóci przyzwyczajonymi do pracy manualnej pięściami. Jako mężczyzna ogranicza się do męskich odmian przemocy: ciosy pięści i podstępne uderzenia z byka (taran); sławetne jak kraj długi i szeroki kopniaki w kość piszczelową pozostawia Sophie, która stosuje je raz po raz. Jak dwa napierające na zmianę tłoki skomplikowanej maszyny. Wyglądało to tak, jakbyś nie chciała brudzić sobie rąk i pozostawiasz to nogom, później mówi do niej Rainer i czule bierze ją w ramiona. Kopnięty w kolano odlatuje od niej ze stłumionym syknięciem. Ona tego nie chce.
(...)
To brutalność wobec bezbronnego i dlatego niepotrzebna, mówi Sophie, szarpiąc za włosy leżącego w sposób nieuporządkowany na ziemi, skubie, aż miło patrzeć.
Właśnie to, co niepotrzebne, jest najlepsze, mówi Rainer, który dalej chce walczyć. Tak uzgodniliśmy. Właśnie to, co niepotrzebne, jest naszą zasadą. Według mnie lepsze jest to, co potrzebne, wlepiając oczy w portfel, odzywa się Hans, który dziwnym zbiegiem okoliczności kocha pieniądze. Pieniądze nie są ważne, Rainer pluje na portfel, jak myślisz, są tu setki czy tysiączki?
Pieniądze nie są naszą zasadą, błysnęła Sophie, której rodzice mają ich wiele, dlatego jest zepsuta dobrobytem.
Hans, tryskając potem jak bezduszna maszyna, przy której można z nudów wyzionąć ducha, wciąż młóci ofiarę. Tak właśnie widzi go rodzeństwo: jako maszynę. Anna już od jakiegoś czasu uważa, że to piękna maszyna, wkrótce będzie myśleć tak samo Sophie. To może stać się zarodkiem waśni. Pięści Hansa spadają niczym młoty, podnosząc się tylko po to, żeby złapać rozmach. Aj cicho jęczy ofiara, ale nawet na to nie ma już siły. I: policja! Nikt tego nie słyszy. W Annie wyzwala to potrzebę kopnięcia go w jaja, gdyż z samej zasady jest przeciwko policji, jak wszyscy anarchiści. Mężczyzna milknie wystraszony, zwija się, lekko kołysze ciałem, w końcu leży nieruchomo. Pieniądze i tak już mają.
Nie wolno się nam ukrywać, powinniśmy robić to otwarcie, ponieważ w ten sposób otwarcie wyznajemy naszą zasadę gwałtu zadawanego na chybił trafił (Rainer). Ty kretynie (Hans).
Anna już nic nie mówi, jedynie w zamyśleniu zlizuje resztki słonego potu ofiary i krew z zadrapań ofiary z prawej dłoni, bijącej dłoni, na co Rainer reaguje spojrzeniem pełnym aprobaty, co u Sophie wywołuje obrzydzenie, a u Hansa potrzebę grzmotnięcia jej po palcach. Ty świnio.
W Annie jest tyle wściekłości, co na pewno bierze się z konfliktu pokoleń, że z wielką chęcią w tym najokazalszym pasażu handlowym Wiednia jeszcze rozwaliłaby oświetlone szyby wystawowe. Bardzo pożąda tego, co się za nimi kryje, kieszonkowe na to nie wystarcza. Dlatego trzeba sobie dorobić właśnie w taki sposób. Aż się skręca z zazdrości, kiedy widzi, że szkolna koleżanka ma na sobie nowy kostium i białą bluzkę czy nowe buty na obcasie. Ale reaguje na to tak: zbiera mi się na wymioty, gdy widzę takie wypindrzone lale. W tych swoich głupich fatałaszkach są płytkie i nie mają za grosz rozumu. Ona to coś innego, zawsze ma na sobie brudne dżinsy i o wiele za duży męski sweter, aby jej wnętrze miało odpowiedni wygląd zewnętrzny. Psychiatra, do którego chodzi z powodu okresowej utraty mowy (pojawiającej się, a potem znikającej bez śladu), wciąż zadaje jej pytanie: Powiedz mi, dziecko, dlaczego się nie ubierzesz ładnie i nie zakręcisz włosów, bo w zasadzie piękna z ciebie dziewczyna i powinnaś iść do szkoły tańca. Popatrz tylko, jak wyglądasz, wszyscy chłopcy się tobą brzydzą.
To Anna wszystkim się brzydzi.
Nieważne. Czwórka młodocianych wykolejeńców dość wyraźnie odstaje od rozbawionych tu ludzi, szukających nocnych rozkoszy, których najczęściej nie znajdują, ponieważ to miasto się do tego nie nadaje. Młodzież to zazwyczaj świeżość, ale ta tutaj jest inna. Skoro świadomie odrzuca świeżość, nic na to nie można poradzić. Nie szukają tu rozkoszy, bo już jej doświadczyli. Aby nie rzucać się w oczy, ich bieg w końcu przechodzi w umyślnie niewinny krok. Rainer bierze pod rękę Sophie, która usiłuje doprowadzić do porządku fryzurę, spoglądając w ciemne szyby po prawej i po lewej. Sprawia wrażenie najbardziej nietkniętej, właśnie taka jest, właściwie zawsze wygląda tak, jak gdyby nosiła białe rękawiczki. To zawsze podnieca mężczyznę, ale go nie zaspokaja. Dlatego trzeba obmyślać takie napady, gdyż Sophie nie zaspokaja. Powodów jest jeszcze więcej. Rainer jest raczej głową kliki, Hans raczej jej rękoma, Sophie jest kimś w rodzaju podglądaczki, a Anna pała złością do wszystkich ludzi, co nie jest korzystne, ponieważ zaślepia i mąci trzeźwość spojrzenia. A przecież Anna i tak jedynie spojrzeniem dotyka tych wszystkich pięknych rzeczy, ponieważ nabywa się je za pieniądze. Anna jednak nie wie, że wartości wewnętrznych nie da się nabyć za pieniądze, bo przecież one są wewnątrz i nikt ich nie dostrzega. Anna pragnie także rzeczy zewnętrznych, choć się do tego nie przyznaje. Ludzi nie należy okładać z nienawiści, lecz tak zwyczajnie bez powodu, jest to cel sam w sobie, upomina brat Rainer. Ważne, że okładam, nieważne, czy z nienawiści, czy bez (Anna). Ty nic nie kapujesz, z wyższością mówi do niej Rainer.
Kurwa (Hans), tym ordynarnym słowem chce powiedzieć, że podarł sobie koszulę. Znowu stara będzie się czepiać. Zaraz się podzielimy w ciemnej bramie, mówi Anna, a jutro kupisz sobie nową.
Rainer nienawidzi rodziców, ale się ich boi. Spłodzili go, a teraz go utrzymują, a on trzyma się sztuki poetyckiej. Strach należy do nienawiści (Anna, która z zagadnienia nienawiści spokojnie mogłaby zrobić doktorat), gdybyśmy nie czuli strachu, to po co nam nienawiść, wówczas wkracza jałowa obojętność. Lepiej od razu umrzeć. Mieszczuchom obca jest taka nienawiść. Bez silnych uczuć bylibyśmy podobni do przedmiotów albo nieżywi, co i tak nastąpi zbyt wcześnie. Kocham sztukę w jej rozlicznych formach.
Do niczego nie czuję nienawiści, mówi Sophie, bo w moim życiu nie ma nic godnego nienawiści. Przecież jedynym uczuciem, jakie żywisz, jest miłość do mnie, mówi Rainer. Gdy razem wwiercamy nasze palce w oko ofiary, to jesteśmy ze sobą mocniej związani niż w małżeństwie. W ogóle jesteśmy przeciwnikami małżeństwa.
(...)
Gdy napięcie opada, rodzeństwo udaje się do domu w ósmej dzielnicy, gdzie mieszkają drobnomieszczanie, głównie urzędnicy i emeryci. Tych dwoje należy do mieszczuchów, tak jak pestki należą do jabłka, czują się tu jak w domu. Bo to ich dom, wspinają się schodami ponurej kamienicy na samą górę, niczego nie dotykając, by nie otarła się o nich nędza. Po chwili docierają na szczyt, znajdujący się na czwartym piętrze. Stacja końcowa. Wraz z nieprzytulnym domem na scenę wkracza gnuśność, drzwi niechętnie otwiera napięcie, gdyż ma dziś jeszcze niejedno do zrobienia, a rodzeństwo jest mu do tego niepotrzebne. Rodzeństwo wkracza w swą codzienność, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Oto jesteśmy w mieszkaniu, są tu również rodzice. Panuje jednostajna cisza, jak zawsze przed i po napadach. Dzieci z roli dziecka niepostrzeżenie wślizgnęły się w rolę dorosłego, obarczonego obowiązkami. Obowiązków tych nie wypełniają.
Wokół nędznego starego mieszkania wznosi się cesarskie niegdyś miasto w postaci niezliczonych mieszkań bez wygód. Krążą po nich brzydcy, niepozorni, a często też starzy ludzie, do wychodków i kranów na korytarzu wychodzą z wiadrami i dzbankami, a potem z nimi wracają. Daje to ciągłe tam i z powrotem, nie odbywa się przy tym nic produktywnego.
Czasem wśród tego wyrasta geniusz, często na podłożu brudu i na granicy szaleństwa, za wszelką cenę pragnie się wydobyć z brudu, jednak nie zawsze udaje mu się ujść szaleństwu. Witkowscy nie podejrzewają, że również w ich smrodach już wyrósł geniusz: Rainer. Udało mu się już wydostać z domowej mazi do wysokości bioder, teraz szykuje się, by wyciągnąć nogę i spróbować stanąć, lecz wciąż się pogrąża niczym nosorożec, który utknął w błocie. Widział to kiedyś w filmie Żyjąca pustynia. Jego głowa, w której panoszy się obrzydliwy robal literackiego talentu, jest już wysoko w powietrzu i spogląda ponad morzem zbutwiałych starych majtek, poobijanych mebli, strzępów gazet, podartych książek, stosów kartonów po proszku do prania, rondli z osadem i pleśnią, rondli z osadem bez pleśni, kubków z trudną do określenia skorupą, okruchów chleba, spisanych ołówków, resztek startej gumki do ścierania, rozwiązanych krzyżówek, przepoconych skarpet i mimowolnie przenosi się do imperium sztuki, do jedynego imperium, które stoi otworem, jeśli ma się trochę szczęścia.
Dziś Rainer i Anna są w gimnazjum, dokąd niestety muszą chodzić codziennie aż do samej matury.
Pan Witkowski wrócił z wojny na jednej nodze, ale z podniesioną głową, podczas wojny był czymś więcej niż teraz, był mianowicie nieuszkodzony, dwunożny i w SS. Taki sam nacisk jak wtedy przy wyborze zawodu kładzie teraz na swoje hobby, które nie zna żadnych ograniczeń: fotografię artystyczną. Jego wrogowie uszli przez kominy krematoriów w Treblince i w Auschwitz lub zasłali ziemie słowiańskie.
Ciasne granice, w które teraz wtłoczone zostały Niemcy, ojciec Rainera każdego dnia przekracza na nowo podczas wykonywania artystycznych fotografii. Tylko mieszczuch zna takie granice w życiu prywatnym, na fotografiach są to ubrania, a senior Witkowski rozsadza ciasne ramy ubrania i moralności. Matka od razu zrozumiała, po kim syn odziedziczył artystyczne ciągoty: po ojcu. Ojciec ma artystyczne oko hobbysty. Rozbieraj się, Margarethe!, zrobimy jedną lub parę fotek. Znowu rozbieranie, zawsze ci to przychodzi do głowy, gdy latam ze szmatą. Kto, jeśli nie ja, utrzymuje rodzinę, odzywa się pan Witkowski, w ciągu dnia inwalida-rencista, w nocy portier. Moje hobby, porno-fotografika, to jedyne, co przy moim uszkodzeniu mi pozostało. Ta pornografia nie jest dla ludzi dojrzałych, lecz dla tych, którymi trzeba pokierować. Skoro własne dzieci nie poszły moją hobbystyczną drogą, przynajmniej ty dotrzymasz mi kroku, Gretel. A teraz raz dwa, do dzieła, mój aparat już czeka, żeby spełnić swą powinność.
Nie możesz mi robić zdjęć w ubraniu, jak inni? Nie, bo w ubraniu potrafi każdy niedzielny fotograf. Poza tym radość jest podwójna, raz, kiedy pstrykam zdjęcia, a potem, kiedy je oglądam i bawię się w krytyka. A pomiędzy tym jest jeszcze wywoływanie i powiększanie. To też sprawia przyjemność. W sztuce człowiek zawsze walczy o efekt końcowy. Na zdjęciu uwidaczniają się twoje zmagania z samą sobą, Gretl. Talent artysty widać między innymi w jego oczach, płonie w ich głębi.
Więc ruszaj się: kuro domowa; podglądana we własnej kuchni przez obcych podczas toalety usiłuje się zakryć, ale ma pod ręką tylko niewystarczające narzędzia, na przykład łapkę do gorących garnków. Dzięki Bogu, nie zakryje nawet koniecznego minimum. A ja chcę właśnie tego minimum. Ponieważ kura domowa do tego wszystkiego nie grzeszy zręcznością, zakrywa często niewłaściwe zamiast właściwego. No już, Gretl, postaraj się! Matka, która znała lepsze czasy (czasy małżonki oficera SS), lepsze od dzisiejszych czasów małżonki fotografa, szarpie się i miota, lecz nie przynosi to lepszego efektu, wręcz przeciwnie.
Pokaż twarz zastraszoną. Dopiero łamanie oporu podnieca, ja również często łamałem opór podczas wojny, a nawet osobiście likwidowałem rzesze ludzi. Dzisiaj przyszło mi mozolić się z jedną nogą, a kiedyś kobiety na mnie leciały, taki był czar munduru. Szykowny uniform. Do dziś pamiętam, jak wiele razy w butach z cholewami po kostki brodziliśmy we krwi po polskich wsiach. I wysuń trochę biodro do przodu, ty ofermo, gdzie podziała się ta twoja cipka? No, jest wreszcie.
Matka nuci pod nosem jedną z melancholijnych pieśni Koschata1 z brzozową ławką. Jej myśli krążą wokół kłoszących się pól i spacerów wśród zieleni, czyli wokół rzeczy, których tylko z trudem i oporami można się domagać od jednonogiego, choćby dlatego, żeby od razu nie spaskudził wszystkim nastroju. Ojciec myśli o polach chwały, na których nie poległ. Dlatego teraz dba o poletko rodzinnej chwały, żeby jego żona, ta wywłoka, nie przyprawiła mu rogów z nieuszkodzonymi mężczyznami. Trudno ją odpowiednio nadzorować, a co robi u sklepikarza, kiedy się do niego udaje?
Pani Witkowska mówi, że każdy potrzebuje trochę świeżości. Pan Witkowski mówi, że zaraz ją odświeży, i rzuca czymś twardym, trafia ją w ramię, aż się zgięła. Będzie kolejny siniak. No przecież proszę, ty kurwo. Nie wymagam zbyt wiele. Bo cię zdzielę kulami, aż się znajdziesz na podłodze. Kiedyś rzuciłbym się na ciebie i wziął siłą, ale teraz to niemożliwe, jednonogi nie może się nigdzie rzucić (bo trudno mu się podnieść). Jak ryba, która nie ma nóg, ale wdzięcznie pływa i nurkuje. I z tego powodu moje zdjęcia są perfekcyjne. A teraz rozkracz się!
Okiem hobbysty stwierdzam, że znowu nie umyłaś włosów, jak ci kazałem. Mają być jedwabiste, a nie potargane jak ciernisty krzew. Wciąż utrudniasz mi spełnienie, które dostrzegam w fotografice aktów. Za każdym razem, gdy przeciwstawiasz się moim wycieczkom do imperium fotografiki, mam ochotę rozwalić ci mózgownicę.
Ale ja wcale nie przeciwstawiam się twoim wycieczkom do imperium fotografiki, kochany Otto.
(...)
Anna gardzi po pierwsze ludźmi, którzy mają dom, samochód i rodzinę, a po drugie całą resztą. Stale jest tak podminowana wściekłością, jakby miała za chwilę wybuchnąć. Jak kompletnie czerwony staw. Staw pełen niemoty, która bez przerwy chce jej coś wyperswadować. Nie ma w sobie nic z dziewczyny z trwałą lub bujającym się z tyłu głowy końskim ogonem i wsłuchującej się w przeboje w sklepie z płytami, a przy tym niespokojnie ruszającej nogami, bo przecież porywa ją gorący rytm. Wszystkie inne oprócz niej poruszają się po gładkiej i kruchej bezkresnej lodowej tafli, Anna zaś na przemian je kopie i popycha do przodu. Aż po bezkresną krawędź, której końca nie widać, a która, miejmy nadzieję, istnieje po to, aby dało się je wszystkie zmieść do śmiertelnie zimnej wody. To, o czym rozmawia z bratem, to kwestie filozoficzne lub literackie, a to, co przemawia przez nią, to język dźwięków, które wydaje z siebie pianino.
Pewnego razu na wycieczce szkolnej dziewczyny z klasy pstryknęły zdjęcie, na którym wszystkie cmokają zdjęcie Petera Krausa na rozkładówce w BRAVO. Osiem śmiejących się twarzyczek układa usta w dzióbek, robi cmok- -cmok i śmieje się do obiektywu. Anna jako jedyna nie chciała ułożyć ust w dzióbek i szydzono z niej. Prawdziwe szyderstwo pojawiło się dopiero po chwili, gdy jedna z dziewczyn powiedziała do niej: Anni, chodź tu szybko, tu w szafie grającej mają płyty z Bachem, to coś dla ciebie, no nie? A ta kretynka Anna, chyba oślepiona słońcem, ogłupiona przez szkołę muzyczną i nieprzygotowana przez szaloną matkę do życia społecznego, nie ma nic lepszego do roboty, jak podbiec, żeby też mieć coś swojego, muzykę, której nikt nie rozumie, tylko ona, i którą ona potrafi wyjaśnić. Ale co wydostaje się z tej skrzyni? Gorąca płyta Elvisa, Tuttifrutti, którą należy odrzucić choćby ze względu na poziom wykształcenia. Dziewczyny tarzają się po podłodze gospody, głupia ta nasza koleżanka Anna, która wierzy, że z szafy grającej mogą wydobywać się dźwięki Bacha, a nie to, czego słucha młodzież.
Co za pokręcona uczennica z tej Anny, która grze na pianinie poświęca swój wolny czas.
W przypadku Anny to rodzaj sprzątania, tak jak robi to zamiatarka uliczna, w przypadku Rainera rodzaj schodów ułożonych z żywych ludzi, a u szczytu stoi w poświacie młody poeta i czyta własny wiersz, który ujmuje całego człowieka i ma mieć charakter mityczny.
Poza literaturą, którą może opanować każdy, kto umie mówić, jeden lepiej, a drugi gorzej, a którą pewni ludzie, którzy nie mogą sobie na to pozwolić, by jakąś lepszą metodą przerastać swe otoczenie, zarezerwowali dla siebie, Rainer niestety żadnej rzeczy nie uczynił sobie poddaną. A literatura może spełnić wiele z tego, czego pragnie Rainer.
Gdy bliźniacze rodzeństwo zostaje wbrew oczekiwaniom zaproszone na fajną prywatkę, od razu odmawia, nie zadajemy się z takimi ludźmi, to są kretyńskie i głupie rozrywki. Ale mówią to tylko dlatego, że nie umieją tańczyć i nie mogą zdzierżyć, kiedy inni robią coś lepiej od nich samych. Wyrzeczenia przychodzą młodości zazwyczaj bardzo trudno, starości łatwiej, ponieważ wcześniej cały czas ćwiczyła wyrzeczenia.
Rainer mówi, że można sobie przywłaszczyć nawet człowieka. Należy po pierwsze wiedzieć więcej niż on, wtedy uzna autorytet innego. Na przykład taki Hans, młody robotnik, poznany w piwnicy jazzowej. Rainer będzie mu wszystko objaśniał, aż ten stanie się bezwolnym narzędziem w jego rękach; to trudniejsze niż przekształcanie tekstów literackich, bo ludzie zdolni są do stawiania niespodziewanego oporu. To męczy, ale stanowi nie lada wyzwanie.
Sztuka jest giętka i nadzwyczaj cierpliwa. Ludzie bywają uparci, ale otwarci na wyjaśnienia. Myślą, że wiedzą lepiej, ale Rainer wie naprawdę lepiej.
Koledzy w klasie to szare stado baranów, niedouczonych i niedojrzałych. Opowiadają o tym, jak spędzili weekend w przeznaczonych na imprezy samodzielnie wykończonych piwnicach w domach rodziców, we własnym pokoju w komfortowym mieszkaniu na Hietzingu, w lesie na grzybobraniu lub jak w kabinie na basenie robili to z jakąś dziewczyną. Dziewczyny opowiadają o tym, co pozwoliły robić ze sobą albo jak się przed tym broniły i jak je błagano. Ale nie uległy, bo chcą zostać dziewicami. I tak od słowa do słowa. Rainer, nie byłeś jeszcze z dziewczyną? Przynajmniej przy tych intymnych sprawach nie nazywają go jak zwykle "Pan profesor". Rainer wyjaśnia od razu, że rozpusta jest rodzajem ekstazy. (????). Czy wiecie, że świadomość w tej ekstazie staje się świadomością ciała i przez to refleksyjną świadomością cielesności. Podobnie jak przy bólu fizycznym żądze również działają na zasadzie odruchu, który sprawia, że człowiek zajmuje się tymi żądzami bardzo intensywnie. (Cooo? Nie rozumiem z tego ani słowa.)
Anna opowiada, że żądze to śmierć pożądania, ponieważ nie są dopełnieniem pożądania, ale jednocześnie jego celem i uwieńczeniem. Dąży się do żądzy, a ona jest przecież całkowicie pozbawiona sensu.
Cała klasa odwraca się od tego przedstawienia i stwierdza, że Pan profesor i Pani profesor nie wiedzą, o czym mówią. Jeszcze nigdy nie mieli w ręce ani pizdy, ani kutasa.
Sophie Pachhofen gazeluje przez śmierdzące kredą pomieszczenia, szuka w portmonetce pieniędzy na osławione drugie śniadanie i colę. Przepełniona zazdrością Anna chowa pajdę chleba ze smalcem, którą przygotowała jej matka, wkładając w to całe serce, bo Anna jest jej ukochanym dzieckiem (jest kobietą tak jak ona), Rainer jest raczej syneczkiem tatusia. Miłość do Sophie dotyka Rainera jak cios kantem ręki w szyję, więc do tej dziewczyny, którą skrycie uwielbia, mówi: świadomość coraz bardziej traci z oczu ucieleśnianie się drugiej osoby i wchłania w siebie swe własne, albowiem staje się ono celem ostatecznym. Teraz już wiesz, Sophie. W takim duchu należy działać.
Rainer wbija paznokcie w dłonie. Tak strasznie chciałby zdobyć Sophie, która pragnie tego równie mocno. Tylko nie chce się do tego przyznać.
Rainer oznajmia Sophie, że jest drapieżnikiem, a ona zdobyczą drapieżnika. Sophie odpowiada, nie rozumiem, o co tu chodzi. Chcesz przyjść kiedyś pograć w tenisa? Rainer mówi, że grywa tylko na własnym terenie. Sophie ślizga się po nim spojrzeniem. Rainer mówi, iż powinna wziąć pod uwagę, że chęć pieszczenia przemienia się w chęć bycia pieszczonym. Pragnie się czuć, jak ciało rozkwita aż do obrzydzenia. Czy Sophie już kiedyś tego doznała? Jeżeli nie, to on jej pokaże, jak to jest.
Rzygać mi się chce z tego wszystkiego, szczególnie dzisiaj, mówi Anna.
Kiedy Sophie wróci z bułką z salami ze sklepiku, Rainer jej rozkaże, by mu wręczyła bułkę. To kwestia woli. Sophie właśnie wraca, a Rainer na próbę i przybierając brutalny wyraz twarzy, kilkoma palcami naciska tętnicę szyjną. Aj, to boli, odbiło ci, w szyi jest tyle nerwów, które z łatwością można niechcący śmiertelnie uszkodzić. Kto mówi, że niechcący, stwierdza Rainer. Widziałem to na jakimś francuskim filmie.
Przecież nie uśmiercasz ludzi tylko dlatego, że widziałeś to na jakimś filmie.
Kto wie, do czego jestem jeszcze zdolny, odpowiada Rainer. Wiem tylko, że jestem zdolny do niewyobrażalnie okrutnych rzeczy i muszę się powstrzymywać, żeby tego nie robić.
W tle Anna zaczaja się na porzuconą połówkę bułki. Tobie też przyniosłam, oferuje jej Sophie. Z rybą i cebulą, tak jak lubisz. Ekstra!
Anna pożera połówkę bułki, od razu idzie do ubikacji i wkłada palec do gardła. I znów się pojawiają, tylko w odwrotnej kolejności, śledzie i cebula, fuj. Anna z zainteresowaniem przygląda się wymiocinom i spuszcza wodę. Ma uczucie, jakby cała składała się z brudu, nic dziwnego, niczym magnes nieustannie wyprowadza ten brud z domu.
Pewnego razu, kiedy była jeszcze dzieckiem, obserwowała mamusię w wannie. Matka, wbrew swym kąpielowym zwyczajom, miała na sobie stare białe majtki, które w wodzie nadymały się jak żagiel. Były na nich czerwone plamy. Ohyda. Ciało jest łatwo psującym się dodatkiem wiszącym na człowieku, a nie jego istotą. Mimo że do kupienia jest wiele rzeczy, które można w ciało wsadzić bądź je na nim zawiesić. Kiedy Anna spogląda na coś białego, natychmiast chce to poplamić.
Anna musi stale myśleć o nieprzyjemnościach, które przechodzą przez jej mózg tylko w jedną stronę. Rampa podnosi się zawsze w jednym kierunku. Coś wchodzi do środka, ale nigdy stamtąd nie wychodzi, nieprzyjemności pchają się do tej mózgownicy, ale wyjście awaryjne zabite jest gwoździami. Na przykład poniżające wydarzenie z przeszłości, kiedy przed laty kilka matek poskarżyło się na nią u wychowawcy klasy. Ponieważ seksualność Anny wydobywała się z jej ust w postaci świńskich dowcipów (seksualność Rainera też się zawsze wydobywa ustami). W ten sposób miała zatruwać dziecięce duszyczki rozmaitych uczniów. Wtedy zaczęły się jej problemy z mówieniem, język coraz częściej mówi nie, dzisiaj nie pracuję.
W tej chwili Anna znowu plami, najchętniej ujrzałaby zbrukaną powierzchnię Sophie. Ale ta jest z najlepszej odpornej na brud materii. Materia ta odpycha każdy brud.
Jeszcze jeden przykład. Anna ma 14 lat. Siedzi nago na podłodze z rozłożonymi nogami i próbuje się rozdziewiczyć za pomocą starego lusterka do golenia i żyletki, żeby pozbyć się skóry, która podobno tam narosła. Nic nie wie o anatomii i pomyłkowo przecina sobie krocze, bardzo to krwawi.
Kiedy Anna wychodzi ze śmierdzącej ubikacji szkolnej na świeższe powietrze, od razu jako pierwsza oczywiście wpada na nią śnieżnobiała Sophie i ją przygniata. Sophie lawina. Wpadniesz do mnie po południu? OK.
Anna usilnie i wytrwale wywołuje wymioty, jednak nie pojawia się ani krew (jak wtedy), ani atrament, ani sok malinowy, ani rzygowiny.
Sophie delikatnie prześlizguje się obok niej i wychodzi na zewnątrz. Gdzie jest jasno. Tak jasno, że Sophie już się nie odróżnia i znika bez śladu.
Ojciec Hansa Seppa uczestniczył w ruchu robotniczym, zamordowano go na Schodach Śmierci w Mauthausen2. Światło zachodzącego słońca, jak gdyby nigdy takich rzeczy nie widziało, załamuje się w oknach przy Kochgasse i odbite jest o wiele mocniejsze. Przed potęgą natury trzeba przymknąć oczy. Z oślepienia. Mieszkańcy są wyćwiczeni w przymykaniu oczu.
Naprzeciwko znajduje się sklepik z przyborami do szycia i robótek ręcznych. Szydełkowane serweteczki z kolorowej włóczki i wełny w oknie, a w sklepie ostre igły. Hans poruszony widokiem przedmiotów codzienności wchodzi kreaturalnie do budynku komunalnego, w którym mieszka z matką. Tępo przekłuwa wzrokiem starą kobietę i jej córkę (obie w czarnych roboczych fartuchach), które obsługują pracujące chałupniczo kobiety. Matka Hansa również pracuje chałupniczo. W zaniedbanym mieszkaniu adresuje, oczywiście za pieniądze, koperty.
Również ziemniaki i pomarańcze, i banany w sklepie owocowo-warzywnym mają w sobie coś naturalnego. Anna i Rainer z pewnością porównaliby je z czymś, co znają ze sztucznej i zgrabnie zrobionej sztuki poetyckiej, zarozumiale myśli Hans. Bliższa jest mi natura, żyję z tętnem czasu. Pozwalam, żeby to we mnie wchodziło i ze mnie wychodziło. Na Laudongasse skrzypi piątka, z rzadka tylko cichnąc na przystanku, koło piekarni. Jeszcze nie zepsuła mnie ani sztuka, ani literatura, myśli Hans.
Również matka spogląda w odbicie zachodzącego słońca. W głowie i w sercu ma socjaldemokrację, która już tyle razy ją zawiodła. Jeśli tak dalej pójdzie, to spróbuje u komunistów. Hans, skąd masz ten sweter? Ta wełna (kaszmir) jest kilka klas ponad nasz budżet domowy. Matka podpala nitkę i po zapachu już wie: prawdziwa wełna. Hans, który do domu wraca z Elin-union"3, gdzie wyuczył się na montera urządzeń elektroenergetycznych, od razu informuje, że sweter dostał w prezencie od swej przyjaciółki Sophie, która ma bogatych rodziców. Mimo to jest mężczyzną, a ona kobietą. Tak już pozostanie, on o to zadba. Jeśli dalej będziesz tak robił, staniesz się, i nawet tego nie zauważysz, zdrajcą sprawy robotniczej, mówi matka. Hans idzie do kuchni, jedynego ogrzewanego pomieszczenia, i nalewa sobie mleka, żeby nadal móc intensywnie uprawiać sport. Śpi w przyległym pokoiku, matka w zimnym dużym pokoju mieszkalnym. Mam w dupie klasę robotniczą, niech żyje rock and roll. To klasa, do której należysz. Ale mam nadzieję, że długo to nie potrwa, bo chcę być instruktorem sportowym lub, kto wie, może kimś więcej.
W tej chwili nowa ławica pracującej masy z przybyłej właśnie piątki zalewa boczne ulice. Pełne zaduchu klatki schodowe raptownie ożywają, matki rodzin dają szczupaka w kierunku drzwi, by podjąć swych utrzymywaczy. Wyrywają im nędzne teczki; zużyte naczynia, termosy; nieco lepszym wyrywają teczki plus gazety, resztki urzędniczych pstrągów, zatłuszczone papiery itp. I hop w domowe skarpety, nie tak dawno jeszcze noszone do pracy. Po prostu wiedzą, co to oszczędzanie, nawet jeśli nie muszą tego robić. Nie trzeba od razu kupować nowego, skoro jeszcze jest stare. Rozlegają się przenikliwe udręczone głosy pierwszych spoliczkowanych dzieci. Karolkowi dziś nie wolno iść na dół, nie nie. Na skwerku za rogiem swobodnie sznurujące po trawie psy paskudzą to tu, to tam. Inwalidzi wojenni, którzy kiedyś jeszcze ożywiali obraz ulicy, teraz z zainteresowaniem im się przyglądają i myślą o czasach, kiedy, gdzieś we wrogim, obcym kraju byli kimś, kim już teraz nie są.
Strzelają ze smyczy, co pieseczkom zbytnio nie przeszkadza. Nikt nie jest posłuszny byłym żołnierzom, a oni sami też nie mają już nikogo, komu mogliby być ślepo posłuszni. Nastąpił niestety upadek autorytetów.
Hans pochłania kilka kromek z margaryną i w starym lusterku do golenia, które podobno należało do jego zabitego ojca, ogląda sterczący wybrylantynowany lok. Tylko znowu nie zaczynaj historyjek z kacetu, już mam ich powyżej uszu.
Naprzeciwko właścicielka sklepu z przyborami do robótek ręcznych spuszcza do połowy rolety, z tyłu wychyla się jeszcze klientka dyskutująca o nowych wzorach; właśnie nadchodzi czas powszechnie lubianych haftowanych obrazków na ścianę i na dobre wybucha. Ludzie zaczynają myśleć o rzeczach zbytecznych, choć ledwo co zdobyli rzeczy pierwszej potrzeby. Będzie lepiej, jeśli o rzeczach koniecznych nawet nie zaczną myśleć. Słońce świeci w życiu przy zbytku, szczególnie jeśli samemu posiada się zbyt lichy dobytek. Dzień powszedni wypełnia poza tym szarość.
Od czterech tygodni nie pojawiasz się na wieczornych spotkaniach grupy, a właśnie teraz jesteś potrzebny do rozwieszania plakatów (matka do Hansa). Spierdalaj (Hans do matki). Po chwili oschle cytuje mu z książki.
Położenie robotników do późnych lat pięćdziesiątych było jeszcze gorsze niż w czasach kryzysu gospodarczego w roku 1937. Ten okres zalicza się do osławionych lat powojennych. Wydajność wzrosła, co pociągnęło za sobą zaostrzenie się wyzysku, a produkcja żywności mocno spadła. W czasach, w których rozgrywa się akcja, wszystkim powodzi się już znacznie lepiej, a cudowi gospodarczemu (niemieckie wyrażenie, które w wielu filmach przedstawia się w postaci ław w kształcie nerki oraz domowych barków, jak również tłustych blondynek po liftingu z ogromnym biustem podtrzymywanym drucianą konstrukcją) wolno wkroczyć bez przeszkód. Jest przyjmowany z okrzykiem witamy. Ale wciąż są ludzie, do których nic nie wkracza, a już z pewnością nie cud. Wciąż otwierają drzwi, ale nic nie wchodzi, jedynie zimno z dworu. Do pokrzywdzonych należy pani Sepp.
Kiedy matka, zacinając się, po raz kolejny nerwowo męczy syna decydującym rokiem 1950, w którym pogrzebała swoje przedostatnie nadzieje (temat dnia: pijani członkowie gwardii przybocznej Franza Olaha4 wpadają niczym kombajny do fabryki, biją, łoją skórę, pałują, żeby zmusić strajkujących do podjęcia pracy. Olah to poseł z ramienia SPÖ, szef łamistrajków, i tak dalej i tak dalej, bla bla bla), nie zauważa, że od jakiegoś czasu w jej synu, odwrotnie proporcjonalnie, kiełkują płonne nadzieje, które on uważa za realne. Hans jest młody i zdrowy i zdaje się na własne pięści, podobnie jak zdali się na swoje funkcyjni z socjaldemokracji Probst, Koci i Wrba, gdy strajki zrównywali z ziemią. Hans nauczył się, że nie trzeba od razu być funkcyjnym tej popularnej partii robotniczej, żeby zrobić z kogoś miazgę, można dokonać tego również bezpośrednio i przede wszystkim tylko dla siebie. W ten sposób majątek sam się gromadzi i pomnaża.
Zapalają się pierwsze lampy uliczne, uderza w nie prąd. Prąd zrobił Hans sam. A nie Pan Bóg. Przecież zawsze podobała ci się twoja praca, przypomina mu matka. Są ładniejsze rzeczy i nawet je znam, zapewnia gorliwie Hans.
I za to twój ojciec stracił życie. Jeśli o mnie chodzi, to wcale nie musiał go tracić, mam to gdzieś (Hans).
Wyobraź sobie, mamo, że jest nas o jedną osobę więcej, wtedy nie dałoby się tu nawet obrócić. Hans, są przecież ludzie, którzy mają więcej przestrzeni, niż mogą jej zająć. W Dolinie św. Heleny5, tam gdzie stoi niewielka ławeczka, i w dzielnicy Wiednia Hietzing, tam gdzie stoją stare wille rodzinne. Tam mieszka Sophie, i ja, tak czy owak, też do jednej z tych willi wejdę, obiecuje Hans. Troskliwie składa kosztowny sweter z kaszmiru i wkłada sfilcowaną domową katankę z dzieciństwa. Oszczędza na później (zawczasu należy się tego nauczyć, bo za młodu zawsze jest jeszcze czas, na starość to już za późno), a później też coś zaoszczędzi na jeszcze później, żeby miał coś w potrzebie, która ma nadzieję nie nadejdzie.
Teraz jak na komendę rozpętuje się w całym domu krzątanina wokół wieczornego gotowania, przykre i przyjemne zapachy ciągną się po klatce schodowej i osiadają na łuszczącym się tynku, gdzie spotykają się na pogawędkę ze starymi znajomymi: z kapustą i fasolą, ziemniakami i grochem. Zza drzwi dochodzi drugi atak wycia spoliczkowanych dzieciaków. Zmęczony ojciec ma stargane nerwy. Pssst, cicho, bo puści izolacja nerwów.
Hans ma wizję lśniącej porcelany, srebrnych sztućców i ogólnego wyciszenia w mowie i uczynkach. W głosie i zachowaniu, które są zawsze odpowiednio dobrane, bo przyjemnie jest dobierać się do cudzej kieszeni. Hans ma ideały, ponieważ jest niedorostkiem. Wyrostki i ideały należą do siebie. Następstwem są szczere chęci, a pewną rolę odgrywa miłość, która zawsze jest bezinteresowna i od której można brać, co tylko się da.
Hans donosi, że Rainer powiedział, iż w przyrodzie silny miażdży słabszego. Jest zatem logiczne, kim ja zamierzam tu być. Kim jest ten Rainer (trwożliwe pytanie matki). Wkurzasz mnie tymi kretyńskimi pytaniami, stawia się syn i ulatnia, choć nie zjadł jeszcze nic porządnego, to kolejna potrzeba młodzieży. Dzisiaj w programie był jak zwykle gulasz z ziemniaków.
Matka stoi w mrocznym pokoju, bolą ją krzyże od pisania, wokół niej zapadają zużyte ciemne meble, znak, że niczego się nie dorobiła, to jej wina. Wszyscy winni to sprawcy i wszyscy sprawcy są winni. Oprócz tego spada na nią kapturek na imbryk z ludzi zabitych, powieszonych, zagazowanych, zastrzelonych, pozbawionych złotych zębów. Dobranoc, Hansi, śpij smacznie (tak nazywał się jej mąż, a syn też się tak nazywa). Jej Hans, teraz duży, a więc nie jest to mały Hansi i już się niczego nie nauczy, właśnie opuszcza dom. Szkoda, że jego ojciec nie widział, jak dorastał. Ale dla niego ważniejsi byli obcy ludzie niż własna rodzina. Teraz matka musi sama nad nim czuwać. Chłopakowi trudno jest bez ojca, często się o tym czyta, dla dziewczyny nie jest to takie ważne. Ponieważ powiedzieli to mądrzejsi od Hansowej matki, to tak jest. Nawet słońce z tego się nie śmieje, gdyż już na dobre odmaszerowało. Po Kochgasse zostały jedynie jasne kręgi, które lampy wystrugują z ciemności domów. Ale to jeszcze nie znaczy, że czego się nie widzi, to nie istnieje. Dopóki nie przeminęło, a więc nie zostało przebaczone i nie poszło w niepamięć, to wciąż istnieje. Wciąż istnieje, a rozgrywają się w nim oczywiście niezbyt ciekawe losy. Aby tego uniknąć, Hans przed chwilą wypuścił się i teraz zmierza ku ciekawszemu losowi i jest tym całkowicie pochłonięty.
Jesień zawsze ma wiele na sumieniu, szczególnie kiedy ją przeżywa młody jeszcze człowiek. Stary myśli zawsze o śmierci, młody tylko jesienią, kiedy następuje ogólny upadek liści i zwierzyny. Rainer twierdzi, że jesienną nocą rozpościera skrzydła jego własny czar. Potem krwawiące koty na łańcuchach zlizują krzyk stodoły ze zranionej sierści. To wiersz. Rainer bezwiednie myśli o kobietach, kiedy myśli o jesiennym więdnięciu, na przykład jego matka więdnie już pełną parą. Kobieta zawsze chce, by coś w nią wchodziło, lub rodzi dziecko, które z niej wychodzi. To obraz kobiety Rainera. Smród światła rozchodzi się obficie, pisze Rainer w wierszu o jesieni. To jeszcze nie koniec, ale prawie. Jak z jego matką. Ojciec jeszcze hasa, matka już przygasa. Matka bardziej niż Rainera kocha coś innego jego siostrę. Twierdzi, że ona tego bardziej potrzebuje, ponieważ bardziej niż on jest zagrożona duchowo. Jego ojciec zaś bardziej jest za nim, ponieważ Rainer ma przedłużyć ród i przekazać nazwisko dalej.
Wszystkimi zmysłami, które nie są potrzebne w sztuce poetyckiej, wsłuchuje się w telefon, który bez większego wysiłku ma sprowadzić mu do domu Sophie. Jeśli go zapytać, czekasz na coś, odpowie nie, na co miałbym czekać, ale w rzeczywistości czeka na ukochany głos. Rzadko nadchodzi. Nie należy robić pierwszego kroku ze względu na poczucie własnej wartości. Dlatego z fal radiowych nie dochodzi głos, ale jedynie kretyński koncert życzeń, w którym jacyś kretyni jeszcze większym kretynom składają życzenia z okazji mdławych imienin i urodzin. Ci ludzie w ogóle nie powinni byli przychodzić na świat, bo i tak nie ma to znaczenia, czy są na świecie, czy nie.
Sophie rzadko myśli o miłości, znacznie częściej o sporcie. Dziewczyna-sportówka myśli o czymś innym.
Rainer ma w sobie zbyt wiele nieładności. Skrajnie obciąża ona dziecko, wyrostek z trudem się jej wyzbywa. Dziecko zbyt często widziało matkę, przypominającą starą szkapę, gdy pod cięgami ojca gięła się w duże L. Używane do tego były najczęściej stare kapcie, które można potem wyrzucić. Podobno bicie rozpoczęło się dokładnie w ostatnim dniu przegranej wojny, ponieważ wcześniej ojciec tłukł obcych w zmieniających się postaciach i formach, a teraz ma jedynie postacie żony i dzieci. Pędził też ludzi w bagna, gdzie szybko konali, są na to wiarogodne dowody. Ale miał pecha, w odróżnieniu od innych, którzy również to robili, a dzisiaj zaszli daleko, a on nie. To kwestia indywidualna i losowa. W tym wówczas elitarnym korpusie zdarzali się przecież także nieudacznicy, tacy jak jego ojciec, którzy na zawsze pozostaną gnidami. Elita zniknęła, pozostał jedynie nędzny korpusik człowieka. Ale uczciwie wykonuje swoją pracę i nie musi się jej wstydzić, tak mówi. Próbował wielu zawodów, lecz do tej pory zawsze ponosił porażki. Raz pojechał nawet do Francji, żeby za pomocą balonów reklamować pewien francuski produkt, powierzyli to jednak komuś innemu, kto według nich był sprytniejszy. I znowu stracona szansa. A ojciec zaczyna się kurczyć z naturalnego powodu wieku.
Matka przekonuje go, że najważniejsze jest wykształcenie dzieci, to obowiązek. Postrzega się je w formie liceum. Według ojca powinni już zarabiać, wykształconych bliźniaków dość to przeraża. Nie można tego od nich żądać, tak uważają.
Z zarośniętych kątów pokoju spogląda przyjaźnie pysk grożącej nędzy, która właściwie dość długo tu panuje, i puszcza oko. Często podszywane i wzmacniane ochronną taśmą nogawki dżinsów bliźniaków pozostawiają na podłodze bruzdy w zbitym kurzu, matka zmuszona jest sprzątać u obcych, traci na tym własny dom. U obcych ludzi są obcy mężczyźni. Dlatego ojciec wrzeszczy jak zarzynany bawół. Matki nikt nie chroni, nawet nie ma taśmy ochronnej, wciąż się ją depcze i kopie. Nie roztacza również swoistej przytulności, którą powinien promieniować każdy dom z rządzącą w nim gospodynią domową. Do niej to należy, bo były oficer jest do innych celów niż roztaczanie przytulności. On niszczy zaciszność, gdziekolwiek ją napotka.
W kręgu znajomych, jest on niewielki, ojca uważają za dziwaka, który opowiada osobliwe rzeczy i niczym się nie częstuje, gdyż, jak twierdzi, nie chce być u obcych na garnuszku.
Ojciec myśli często o ciemnych szkieletach ludzi, których zabijał, kiedy polski śnieg nie był już nietknięty i biały, lecz dotknięty i krwawy. Ale śnieg wciąż powraca i teraz po zaginionych nie ma już śladu.
Matka ze swojej strony próbuje wpoić dzieciom człowieczeństwo, to matczyne zadanie. Wkrótce będzie musiała od tego odstąpić, gdyż dzieci chcą być nieludzkie i bardzo się starają, aby na takie wyglądać. Cokolwiek się robi, jest daremne i obrzydliwe. Wszystko wywołuje mdłości i obrzydzenie, ale się tego nie usuwa, wręcz przeciwnie, u jednego obrzydzenie wzbudzają zmięte papierzyska, stare niedopałki na podłodze, skórki od sera i kiełbasy, plamy po kawie i przede wszystkim ogryzki jabłek i pestki pomarańczy. To najgorsze z możliwych rzeczy. Nie usuwa się ich, ponieważ to takie wspaniałe uczucie, kiedy żołądek podchodzi do gardła. Mieszkanie pełne jest zapchanych kątów i nisz, w których piętrzą się odpadki. Mieszczuch zawsze coś ma do ukrycia, po to są te kąty. U Witkowskich można obejrzeć wszystko, co ma do ukrycia mieszczuch, ponieważ niczego nie wyrzucają. Obywatel staje przed kątami zawsze gotów, aby migiem w nie wleźć i po kryjomu świntuszyć.
Bliźniaki mają w nieszczęściu przewagę, ponieważ się od wszystkiego uwolniły i robią, co chcą. Rainer mówi, że ludzie są w pewnym sensie zdeterminowani, ale nie ja, ponieważ mam nad nimi przewagę dzięki sile woli. Natomiast jednostka jest wolna, jeśli tylko tego zechce. Rainer przyjmuje tę wolność, która w swej łaskawości wręczyła mu list uwierzytelniający. Ma w sobie tyle heroizmu, ale samotnego. Samotnego, ponieważ nikt tego nie dostrzega i z tego powodu nawet najpiękniejszy heroizm w sposób oczywisty traci połowę swej wartości. Ale Rainer przynajmniej może spojrzeć sobie w twarz, kiedy się znajdzie sam na sam z lusterkiem.
Czasem jest zwyczajny dzień, wtedy ojciec na chybił trafił łapie za któreś z dzieci i rycząc, łoi mu skórę. Ponieważ dziecko nie chce tego, czego on chce. Dziecko wiosłuje wtedy bezradnie kończynami w powietrzu, a zawartość dziecka opuszcza ciało, wznosi się i jest ponad wszystkim, stamtąd ma lepszy widok na wywołujące zgrozę zajście. Rainer i Anna wprawili się w tym, będąc dziećmi, a teraz wierzą, że nadal są wyżej i wolno im spoglądać na innych z góry. Fizycznie rozwijają się z niejakim trudem i z ociąganiem. Ale zachowali poczucie wyższości. W głowach coś się kłębi, doprowadzi to kiedyś do wybuchu pomarańczowego światła.
Teraz już bliźniaki pod względem wiedzy zostawiły ojca daleko za sobą. Mimo to ojciec sądzi, że wie więcej niż dzieci, to sprawa wieku. Doświadczenia. W tych nowych czasach to wiedza czyni wolnym, a nie praca. Pracować nie chcemy, a na pewno nie rękami, nie. Często młodzi ludzie, którzy chcą tylko tańczyć lub słuchać jazzu, są zbyt niedojrzali, by wiedzieć, jak obchodzić się z wolnością, dlatego się ich jej pozbawia.
Matka pochodzi z lepszej rodziny, która teraz została daleko w tyle. Była nauczycielką. Pewnego dnia obie połówki pary małżeńskiej niespodziewanie odnalazły się na podłodze. Anna i Rainer nienawidzą rodziców, bo młodość często jest pochopna i bezkompromisowa. Na znienawidzonym ojcu często dopuszczają się złych czynów, gdy z obrzydzeniem małpują jeden z jego ruchów, wyrywają mu kule, podstawiają nogę (a przecież ma tylko jedną), plują mu do jedzenia i nie przynoszą tego, co chce. Starzejący się mężczyzna zarzuca im szykany. Ale nie może udowodnić, że robią to umyślnie. Mimo to pozostawia ich w liceum, żeby móc powiedzieć, że chodzą do liceum. Tak niszczeją wartości, widać to jak na dłoni: wartość autorytetu i władzy ojcowskiej.
Ale jest jeszcze żona i matka, na której można się mścić. Mówi się jej, że jej ciało podobne jest do kawałka gnijącego sera albo chowa się pieniądze na dom, które zwykle trzyma w porcelanowym kubku, i obwinia się ją, że wydała je na siebie. Dzisiaj na przykład jest taka sytuacja: mama szuka pocieszenia u dzieci, umyślnie pociął jej nowiusieńki fartuch z pięknej resztki w kolorowe kwiatki z wyprzedaży, własnoręcznie skroiła go i uszyła na maszynie do szycia kupionej na raty. Bez talentu do szycia, jedynie ze starannością. I radością z wykonania czegoś samej. Jeśli zrobi się coś własnoręcznie, zawsze jest to lepiej obrobione i lepszej jakości, bo wiadomo gdzie i jak i czym, a tego nigdy nie wiadomo przy kupnie gotowego. Można jedynie przypuszczać: źle i niechlujnie uszyte, od razu odpadną guziki, i o wiele za drogo. Można również taniej. Mama zaoszczędziła więc masę pieniędzy, a wystarczyło, że tylko ruszyła palcami, a tata tnie to wszystko z największą perfidią. Bo w gruncie rzeczy nie chciał, żeby maszyna do szycia przekroczyła próg domu. Jeśli mama uszyje sobie jakieś nowe łachy, wtedy zupełnie obcy mężczyźni z pewnością wpadną na pomysł, by się dokładniej przyglądać jej pęczniejącej, ale wciąż kobiecej figurze. A jakie wybiera tkaniny? No właśnie: działające na zmysły barwne materiały lub takie, które uważa za barwne (grzybki, pszczółki, chrząszcze, kwiatki itp.). A jakie wybiera fasony? No właśnie: akurat takie, które podkreślają jej biust, biodra i tyłek, jeśli jeszcze je ma. A podkreślać tego nie należy. Te rzeczy należą się tylko tacie i nikomu innemu. Z pewnością chcesz kogoś poderwać, a przecież ja, nawet jako kaleka, jestem prawdziwszym mężczyzną niż ktokolwiek inny, kto ma dwie nogi, ale prawdziwym mężczyzną nie jest. Mam ci to zaraz udowodnić? Proszę bardzo. Nieważne gdzie, na sznurkowym dywaniku przed czy na samym łóżku, które widziało już niejedno cierpienie i krew menstruacyjną, i mocno tym cuchnie. Nie można wciąż tylko prać, czasem chce się przecież poczytać dobrą książkę i odpocząć. To cała ty, zamiast pralki kupujesz maszynę do szycia. A moglibyśmy teraz być tacy czyści, a jacy jesteśmy? Brudni. A ty wkładasz nowy czerwony fartuch. Nożyczki robią ciach. Tyle pracy poszło nagle na marne! To podłe.
Ciesz się, że ci nie skroję też na ciele kilku ran, nauczyli mnie tego. Trzeba się tylko przemóc, a potem jakoś już idzie. Mam poza tym pomysł na nową serię zdjęć, mógłbym ci zrobić kilka cięć na ciele, rys i małych dziurek. Można wziąć akwarele od dzieci.
Upiekłam dla was ciasto z morelami, mateczka przymila się do dzieci, u których szuka zrozumienia, a nie znajduje. Stawia na wykształcenie, to etap wstępny do zrozumienia, i na "takt serca" dzieci, które z taktu już dawno wypadły. Inwestuje się w Rainera i Annę, a otrzymuje się jedynie ich samych, nieokazujących ani ciepła, ani odrobiny uczucia. Tu jest ciasto, a tu szklane talerzyki. Postawię tutaj, tyle tu porozkładanych książek, nawet na świeże ciasto nie ma miejsca, sprzątnijcie to!
Nie, książek nie uprzątniemy, są ważniejsze od jakiegoś ciasta. Właśnie czytamy, że nasza egzystencja jest nic niewarta. Zjeżdżaj stąd, mamo, bliźniaki wyrzucają matkę. Nigdzie nie jest mile widziana, biedaczka. Ma to katastrofalny wpływ na jej samopoczucie.
Po tym jak porządnie skrzyczały matkę, bliźniaki od razu rzucają się na ciasto. W tej kwestii nie uważają się za coś lepszego.
Dla mamy nie zostaje nic, mimo że z przyjemnością zjadłaby choć jeden kawałek.
Rainer sądzi, że degradacja kobiety następuje wtedy, kiedy musi ona cierpliwie znosić cielesność. Widać to po matce, która często w sypialni woła o pomoc. Możliwe, że robione są z nią nienormalne rzeczy, i dlatego krzyczy. Również u Rainera krewni często stwierdzali nienormalne spojrzenie, co może wiąże się z tym, że zbyt często musiał oglądać te rzeczy w sypialni. Ale on nigdy się temu nie przyglądał. Zawsze chował od razu głowę pod kołdrę. Tam nic się nie widzi, jedynie czuje własny zapach. Czasem Rainer zjada tylko zupę i odmawia jedzenia treściwych posiłków, choć mężczyźni lubią się dobrze posilić. Anna czasem nie je nic w ogóle, nawet przez kilka dni. Kiedy rodzeństwo wstaje od stołu po niejedzeniu, od razu kładzie się na jednym z łóżek, które celowo przedzielono ścianką, ponieważ on jest chłopcem, a ona dziewczyną, i odgradzają się od świata zewnętrznego. Rainer pisze wiersze, żeby odgrodzenie było lepsze. W drzewach dostrzega często twarze, które go inspirują, ale to świr. Nie ma przyjaciół, tylko kolegów, którzy często są wobec niego niekoleżeńscy, a on z zasady gardzi koleżeństwem. Kiedy Rainer układa wiersze, nie jest to gest pełen wdzięku jak u podskakującej ryby, która tak często podskakuje u pisarza Musila i jest srebrna. To raczej wkręcanie się i kąsanie.
Rainer i Anna wciąż mają świadomość, że ponieważ rodzice przenieśli się do miasta, uniknęli oni takich miejscowości, jak Ybbsitz, Laa an der Thaya, Laa an der Pielach czy różnych St. Michaelów. Cieszą się, że nie mieszkają gdzieś na straszliwej duchowej prowincji, którą znają, bo dom babci jest na wsi. Wszystko, tylko nie to. Gdzie alpejskie kawki, kruki i inne robactwo, wrzeszcząc, wczepiają pazury w dotknięte już zimą drzewa. Gdzie przeróżne obłoki suną po posępnym niebie, piszczy sarna, a śmierdzące dzieciaki z pierwszych klas i debilne uczniaki z wyższych klas szkoły podstawowej ugniatają swe ciała w autobusach. A między nimi aż roi się od bakcyla nędzy. Szkolniacka breja parującej wilgoci z wełnianych ubrań odziedziczonych po starszym rodzeństwie.
Nie czeka na nich los. Mówi Rainer, już przed narodzinami skazani zostali na śmierć, a w głowach mają zawsze ten sam scenariusz. Scenariusz w jednej głowie jest taki sam jak w innej. A wszystko dzieje się w wolnym kraju, w którym nie ma jednak ani śladu wolności. Mdłe krajobrazy rozpościerają się w deszczu, trudno dostrzec ich granice, ale one istnieją, są w głowach mieszkańców. Rodzeństwo dostrzegło ciasnotę również w wielkim mieście, wiwatują, gdyż sami jakiś czas temu te granice przekroczyli. Ostrymi zębami rzucili się na sinawo połyskującą pępowinę ustalonych zawczasu miejsc ich pobytu i ją przegryźli. Strużka krwi sączy się po brodzie. Zlizują ją dwa blade języki, język Rainera i język Anny. Wkrótce nie będzie śladu na skórze tworzącej naturalną granicę narodzin. Ukazuje się bezkresna otchłań z zimnym słońcem jak nienaruszone w mleku żółtko.
Jeśli ktoś tutaj zadaje rany, to Anna i Rainer, oni zadają rany.
Już po trzaskającym mrozie wiejskich dróg, w niedzielnych półbutach z cienkimi podeszwami, niepasującymi ani do pogody, ani do właściciela. Niktoś gna do kina na cowboyskie filmy i wychodzi stamtąd jako cowboy, mimo iż tam są wyłącznie tacy sami zasmarkani gamonie z brylantynowanymi łbami. Nie ma lęku przed późnymi powrotami do domu i przed tym, że pobiją twardymi przedmiotami. A do tego trzeba jeszcze taszczyć do chlewa ciężkie wiadra z gorącym poidłem dla świń. A kiedy się zapomni zdjąć wyjściowe pantofelki, to tak cuchną, że od razu można je przeznaczyć na buty do chlewa.
Bliźniaki nie są postaciami drugoplanowymi, lecz głównymi bohaterami. Są punktem środkowym, który nie jest punktem, lecz liczną warstwą ludzi.
Z rodzeństwa nie wyziera radość życia, jak wyziera ze wszystkich innych młodych ludzi słuchających radia tranzystorowego, lecz wyziera gniew i obrzydzenie. Kocha się te dzieci, i kocha, a one i tak swoje. Wierzą, że w każdym tkwi cząstka, która nie jest nacechowana. Coś, czego nie da się przewidzieć, co wykracza poza zakres społeczny i w ten sposób się uwalnia. Tylko niższacy lubią ciasto i słuchają Elvisa, Petera i Conny.
Rainer je bulion z drobiu, gdzie znów pływają rzeczy trudne do określenia, od których znowu zupa mętnieje.
Ewentualnie można by jeszcze zębami rozszarpać nowe spódniczki a la Conny, teraz takie modne. Ostatnio szary tłum dziewcząt chętnie się w nie ubiera, ponieważ materiał jest tani, seria długa, a spódnica roztacza wesołość, gdy jest czerwona, i rozpacz, gdy jest niebieska.
Zdemontować wytapirowane kwadratowe głowy (wronie gniazda) przeraźliwie brzydkich dziewcząt, zniszczyć to całe omasztowanie przez wyciągnięcie spinek. Między zębami spilśniać śliną włókna welurowych sweterków tak długo, aż po welurze nie będzie śladu, jedynie gładkość i wiotkość zwykłych swetrów. Rainer przygryza wargę do krwi, kiedy tak przemykają obok niego, mówiąc, weź mnie, nie, weź lepiej mnie, mają czarne kreski na powiekach i białe pomadki lub jasnoróżową maść Labisan i stanowią szare stado, częściowo występujące w kwiatki. Pod nakrochmaloną przez mamusię halką unosi się zapach krocza. Rozkloszowana bananowa spódnica owszem, ale do mycia się nie weźmie.
Rainer jeszcze nie chce się zadawać z żadną dziewczyną, woli oceniać z daleka. Wie, że jeszcze ma na to czas.
Mama zagląda na chwilę i ogarnia ją uzasadnione przerażenie na widok swych bękartów, mówi jednak, że byłoby lepiej, gdyby potomstwo działało pięknie myślą, mową i uczynkiem. Dlatego chodzą do liceum, gdzie można się tego nauczyć. Powinni mosty budować, a nie burzyć je, jeden z mostów prowadzi do bliźnich, drugi od bliźnich do nas samych. Bliźniaki nie chcą budować mostów.
Anna: w rzeczywistości jesteśmy wolnością, która dokonuje wyboru, ale my wolności nie wybieramy. Jesteśmy na nią skazani. Kiedy tak na ciebie, mamo, patrzę, to nie może być inaczej. Opuszczeni w wolności, tak jak ty. I opuszczenie to ma swoje źródło wyłącznie w egzystencji wolności. Wystarczy spojrzeć na ciebie.
Mama nic z tego nie rozumie, ale wie, że w świecie wiodłoby się lepiej, gdyby ten słuchał raczej swych filozofów i artystów niż własnego ciasnego, egoistycznego ducha, który nie ma rozeznania. Należy zawierzyć Beethovenowi i Sokratesowi.
Bliźniaki wyjaśniają matce, że również niebyt matki byłby do pomyślenia i możliwy. Osobiście wydałam was na świat, jedno po drugim. Dlatego istniejecie, ja też istnieję. Co za bzdury. Ten świat jest przecież taki piękny i taki rozległy, i taki kolorowy, i taki młody, szczególnie jeśli również jest się młodym. Mogą również wyciąć sobie ten nowy plakat z Elvisem, pozwala im wreszcie, choć wcześniej było to